znowu śnią mi się jakieś kosmosy

Zno­wu śnią mi się jakieś kosmo­sy; naj­pierw ten popa­pra­niec wyła­zi mi z trze­wi, spod skó­ry, z trze­cie­go oka, ze szpi­ku kost­ne­go, napraw­dę nie wiem, gdzie się scho­wał, ale sie­dzi i wyła­zi zawsze jak w zegar­ku, środ­kiem nocy, gdy jestem naj­bar­dziej podat­na na zra­nie­nia.

Budzę się spo­co­na jak rzad­ko. Cała jestem spuch­nię­ta, na cie­le jakieś czer­wo­ne plac­ki, ze zło­ści albo zno­wu coś mnie uczu­li­ło. Gorącz­ka pra­wie 40, w gar­dle pra­wie angi­na, w gło­wie pościg myśli.

A te sny to tro­chę dla­te­go, że skoń­czy­łam czy­tać W ciem­ność.
Dzię­ki Alek­san­drze z Para­pe­tu Lite­rac­kie­go odkry­wam jak­by zupeł­nie nowe lite­rac­kie zaka­mar­ki, w któ­re kie­dyś nie śmia­ła­bym się nawet zapusz­czać. Do tej pory myśla­łam, że sko­ro książ­ką zachwy­ca się cały świat, to musi to być książ­ka zachwy­ca­ją­ca. Ileż razy się myli­łam! Teraz wiem, że „moje tytu­ły” są tam, gdzie zachwy­ty nie­licz­nych.

Co do tej prze­czy­ta­nej Bola­vy. Pięk­ny, ale cho­ler­nie przy­gnę­bia­ją­cy zapis sza­leń­stwa. Szcze­ry do bólu, wprost, jak­by naj­krót­szą dro­gą dokład­nie w to miej­sce, gdzie zabo­li naj­moc­niej. Cho­ciaż nie jest to ani kry­mi­nał, ani thril­ler psy­cho­lo­gicz­ny, ani tym bar­dziej hor­ror, gdzieś w poło­wie lek­tu­ry sza­leń­stwo Anny zaczę­ło mi się deli­kat­nie udzie­lać. Wstrzy­my­wa­łam oddech wte­dy, kie­dy ona, sły­sza­łam w swo­im miesz­ka­niu wię­cej dźwię­ków, niż­bym musia­ła, nawet kot prze­my­kał mi mię­dzy noga­mi nie tak po kocie­mu, jak powi­nien.

Mia­łam jakieś ciar­ki, jakieś nie­zro­zu­mia­łe koło­ta­nia w ser­cu i jakieś swę­dze­nia we wło­sach. Weszło moc­no. I sia­dło.

ZapiszZapiszZapiszZapisz