żegnaj, szkoło!

Musisz wiedzieć, że czas takich podstarzałych ludzi jak ja płynie w nieco zmienionym tempie i początek września nic dla nas nie znaczy. Ale przypuszczam, że gdy jutro w tramwaju na czołach większości zgromadzonych zobaczę gigantyczny napis WITAJ, SZKOŁO!, przed oczami przeleci mi całe moje szkolne życie i zrobi mi się przykro.

Gdy byłam młodsza i narzekałam, że nie lubię szkoły, każdy dorosły powtarzał mi jak mantrę, że zobaczę, jak za nią zatęsknię, gdy już dorosnę i pójdę do normalnej pracy. Albo nie dorosłam, albo nie mam normalnej pracy, albo się mylili.
Bo mój szkolny czas do dziś wspominam z gęsią skórką. I za żadne skarby nie chciałabym tam wracać.

Do przedszkola odsyłano mnie już o 7 rano, więc codziennie przez okrągłą godzinę przesiadywałam w ciemnościach na materacu i prawdopodobnie po cichu planowałam, że w dorosłym życiu zdobędę władzę nad światem i założę bloga (dokładnie w tej kolejności).
O ósmej zlatywały się dzieciaki, na widok których chowałam się w wielkim, plastikowym domku i do znudzenia czesałam włosy swoją maleńką dizajnerską szczotką z dizajnerskim lusterkiem. Powtarzałam cały rytuał, aż pewnego paskudnego dnia okazało się, że moja najlepsza przyjaciółka – Dizajnerska Szczotka –  została mi brutalnie skradziona.

Po tym incydencie oznajmiłam mamie z wielką powagą i namaszczeniem, że moja noga już nigdy więcej nie postanie w tym niegodnym mojej wyjątkowej osoby miejscu, co mama skwitowała lekceważącym „dobsz, dziecko” i na drugi dzień punktualnie o 7:00 odprowadziła mnie z powrotem na materac.

W zerówce najładniej czytałam i z wielką pasją uganiałam się za chłopakami. Jeden nawet, prawdopodobnie w przypływie uzasadnionej litości, podarował mi maleńką figurkę dalmatyńczyka, a kiedy bawiliśmy się całą grupą w sklep, cierpliwie próbował wytłumaczyć mi, że nie istnieje coś takiego jak „pół grosza”.

Pierwsza i druga klasa podstawówki to były najpiękniejsze lata mojego dzieciństwa. Miałam wtedy pierwszą cielesną psiapsiółkę i pierwszego cielesnego chłopca. Mój związek z tym chłopcem był fascynujący. Cały świat wiedział, że jesteśmy razem, ale ponieważ nie mięliśmy pojęcia, co to w ogóle oznacza, na wszelki wypadek w ogóle się do siebie nie odzywaliśmy.

W końcu, po jakichś trzech dniach naszego gorącego romansu, Kamil, bo tak miał na imię ów chłopiec, przeprowadził ze mną w szatni krótką i treściwą rozmowę z kategorii „poważne”, która brzmiała mniej więcej tak:

Kamil: *wiążąc sznurowadła w swoich sportowych butach*
– Myślę, że czas to zakończyć i że z nami już jest koniec.
Wadera: *potakując głową z wyrazem głębokiego zrozumienia na twarzy*
– Dobra. Okej. 

W trzeciej podstawówce przeżyłam pierwszą traumę związaną ze zmianą szkoły i środowiska. Wtedy też zostałam po raz pierwszy oficjalnie znienawidzona przez znakomitą większość nowej klasy, bo byłam najpilniejszą uczennicą, czytałam z wielką ochotą na głos (sic!) swoje wypracowania, zgłaszałam się do odpowiedzi na każde pytanie i najszybciej oddawałam poprawnie rozwiązany cotygodniowy test z tabliczki mnożenia.

Największą pogardą i nienawiścią darzyła mnie Sabina, która z kolei słynęła ze skrajnego lenistwa i niechęci do nauki, co nasza wychowawczyni uwielbiała jej wówczas ustawicznie wypominać.
W późniejszych latach przewrotny los sprawił, że to Sabina stała się jedną z najlepszych uczennic w klasie i szkole, Wadera natomiast osiadła na laurach i zbierała coraz więcej jedynek z matematyki. Jakby tego było mało, stałyśmy się nierozłączne.

W kolejnych latach liczył się tylko taniec.
Taniec, taniec, taniec, tańczenie, tańcowanie, tańculowanie, tańczenieństwo, tańczywaństwo, tańczarowaniec.
Tańczyłam w porze śniadania, drugiego śniadania, lanczu, obiadu, deseru, podwieczorku i kolacji. Tańczyłam zamiast spać, tańczyłam zamiast chodzić do szkoły, tańczyłam zamiast umawiać się z nietańczącymi znajomymi. Odbiło mi na punkcie tańca i szło mi całkiem nieźle.
Na szczęście w porę skręciłam lewy kolec biodrowy i siadłam sobie na dupeczce.
Skończyło się.
Chociaż miało być tak pięknie.
Miało nie wiać w oczy mi.
Miało, miało i się zesrało.
Nie chcę o tym mówić [*]
*płaczę*

Liceum było najgorszym okresem mojego życia. Dżordżi miał rację, kiedy mówił, że dla każdego, kto jest choć ociupinkę inny od masówki pałętającej się po zbyt wąskich korytarzach, ogólniak jest piekłem, które należy po prostu przeczekać. Takoż i przeczekałam ja, choć wytargałam stamtąd mnóstwo gorzkich wspomnień.
Poświata tańczarowańca ciągnęła się za mną niczym najpaskudniejsza, najnieprawdziwsza, wulgarna plotka. Zresztą, nawet Sailas – moja po dziś dzień najlepsza psiapsiółka – stwierdził, że zadawał się ze mną w liceum tylko dlatego, że byłam „jakaś dziwna”.

Za to studia! Cholibka…
Tam wreszcie głęboko odetchnęłam swoją niepełną piersią.
Tam zerwałam się ze smyczy i poznałam ludzi, którym nie przeszkadzało, że istnieję. Zamiast się z tymi ludźmi potyczkować, bo kiedyśtam tańczyłam – tańczyłam z nimi do białego rana.
Z czystą satysfakcją i radością dziecka, które nie może się doczekać pierwszej gwiazdki, chodziłam z wywieszonym jęzorem na coraz głupsze wykłady. Znajomi z kierunku psioczyli, że te zajęcia są takie, srakie, siakie, niepotrzebne i owakie, a ja miałam to w nosie, bo wreszcie te zajęcia były MOIM wyborem. Byłam sama i nikt nie próbował konstruować za mnie mojego życia.

Czy mam jakieś złote rady dla dzisiejszych uczniów? 
No jasne.

Jeśli lubisz szkołę, to fajnie, pielęgnuj w sobie to lubienie do oporu.
Jeśli nie lubisz szkoły, to też ok; uzbrój się w cierpliwość i ją przeczekaj.
Panta rhei i tak dalej. 

Ciesz się tym, co jest i marz wielkie marzenia.
Nie zbieraj super ocen; zbieraj super doświadczenia i super chwile.
Postaw na ludzi.
Bo dopóki masz wokół siebie fajnych ludzi, wszystko jest OK.

  • U mnie było podobnie, podstawówka była bo była, jedno gimnazjum było tragiczne w takim stopniu że przeniosłam się do innego i jakoś przeżyłam, liceum to była totalna porażka. No i studia które były najlepszym co mi się przytrafiło. Teraz jest dorosłość które jest jaka jest =] Ostatnie zdanie jest kwintesencją wszystkiego.

  • Czyli w zasadzie sinusoida. Czuję wibrysami, że lepiej Ci w dorosłość niż w dzieciństwo, zatem może być tylko lepiej, a to bardzo optymistyczna wizja :>