zdążyć przed

Obra­łam kurs na łatwi­znę, dla­te­go jestem taka roz­trzę­sio­na. Ja też nie widzę związ­ku, ale dzi­siaj jestem tego pew­na bar­dziej niż byłam wczo­raj.

Teraz chcia­ła­bym dużo pisać i jesz­cze wię­cej czy­tać, żeby zdą­żyć ze sło­wa­mi przed moimi dwu­dzie­sty­mi dale­ki­mi uro­dzi­na­mi. To dla mnie dziw­ny i waż­ny wiek; mały prze­łom, mała pani­ka, pierw­sza ukon­sty­tu­owa­na prze­ze mnie doro­słość, z któ­rej nagle zda­łam sobie spra­wę. Bo jak dotąd nie zda­wa­łam sobie spra­wy z bie­gu cza­su, nawet gdy moi naj­bliż­si pada­li na śmierć jak muchy.

Wyjąt­ko­wo lek­ko­myśl­ne muchy, aż się pro­si, żeby dodać. Ale kim jestem, by oce­niać ich wybo­ry, sko­ro sama czę­sto się wsty­dzę swo­ich wybo­rów.

Tym­cza­sem pamię­tam te lata, kie­dy śmia­li­śmy się z sie­bie, że jak będzie­my sta­rzy i pięk­ni (czy­li teraz), to już wszyst­ko będzie­my mie­li i już wszyst­ko prze­ży­je­my, i już wszę­dzie będzie­my i już nam będzie wszyst­ko jed­no.

A mnie jak na prze­kór zaczę­ło zale­żeć, żeby jako-tako poukła­dać to swo­je życie. Ozdo­bić je na świę­ta lamp­ka­mi cho­in­ko­wy­mi, na Wiel­ka­noc wypędz­lo­wać w pisan­ki, a na Wszyst­kich Świę­tych nie pła­kać już nad gro­bem, któ­re­go nawet nie umiem zlo­ka­li­zo­wać.

Takie mi się marzy; to już nie jest gwiazd­ka z nie­ba. Nor­mal­na rzecz, jak spraw­nie hula­ją­ca pral­ka i kła­ki leśne­go psa, co wyglą­da jak wilk, któ­re trze­ba codzien­nie wysku­by­wać z kana­py w sty­lu wabi-sabi.

Ber­trand Rus­sell uwa­ża, że nic nie jest tak wyczer­pu­ją­ce i bez­płod­ne, jak nie­zde­cy­do­wa­nie i kto się z nim nie zga­dza, niech pierw­szy rzu­ci kamie­niem.
Ja się zga­dzam. Ale przede wszyst­kim dla­te­go, że nie mam już za wiel­kie­go wybo­ru.