zawód — Nie Taka Głupia Blondynka. Cel — długodystansowy. Wykonanie — teraz.

Z bra­ku laku i dobrej lite­ra­tu­ry pod ręką, wycią­gnę­łam z szaf­ki wszyst­kie swo­je pamięt­ni­ki. Pomy­śla­łam, że może skoń­czę pisać tekst o kochan­kach moje­go dzie­ciń­stwa, w któ­rym opo­wia­dam o moich dzie­cię­cych, żar­li­wych miło­ściach, ale tak się wcią­gnę­łam w pomniej­sze histo­rie, że nie byłam w sta­nie ode­rwać się od czy­ta­nia.

Mię­dzy jed­nym a dru­gim wyzna­niem naszła mnie żenu­ją­ca reflek­sja. Jako mała dziew­czyn­ka mia­łam o wie­le sen­sow­niej­sze prze­my­śle­nia o życiu, niż mam teraz. Może też jako mała dziew­czyn­ka mia­łam o wie­le cie­kaw­sze życie, niż mam teraz. Mnó­stwo przy­ja­ciół i zna­jo­mych, któ­rzy cie­szy­li michę za każ­dym razem, gdy mnie widzie­li, i przy­szli mężo­wie rosną­cy na pla­cu zabaw jak grzy­by po desz­czu, kolo­ro­wa­li moją ówcze­sną codzien­ność na spo­so­by, jakich dzi­siaj nie jestem w sta­nie sobie nawet wyobra­zić.

No i byłam roz­sąd­niej­sza. Co kolej­ną stro­nę Wiel­kiej Miło­ści cier­pli­wie tłu­ma­czy­łam swo­je­mu pamięt­ni­ko­wi, że muszę wziąć się w garść, bo jestem nasto­lat­ką i nie znaj­dę w tym wie­ku Tego Jedy­ne­go, a już na pew­no nie znaj­dę Księ­cia Z Baj­ki. Nie prze­wi­dzia­łam tyl­ko, że jed­nak znaj­dę. Mia­łam sie­dem­na­ście lat. Może nie był Księ­ciem, a już na pew­no nie był Tym Jedy­nym, ale był tak bar­dzo naj­mój­szy, że w wie­ku lat osiem­na­stu i pół popeł­ni­li­śmy mał­żeń­stwo, a on, pół roku póź­niej, chy­ba z wra­że­nia mi umarł, z czym pró­bu­ję się upo­rać na kozet­ce u moje­go kota do teraz.

Kim była dziew­czyn­ka z moje­go dzie­ciń­stwa i jakie wła­ści­wie mia­ła marze­nia?

Chy­ba skrom­ne. Na pew­no wpa­dła w mod­ny wów­czas szał bycia naj­chud­szą ever. Wszy­scy wte­dy sza­le­li na punk­cie ano­rek­sji. Ja sza­la­łam sku­tecz­nie, a dzi­siaj drę ryja na każ­de­go, na kim mi zale­ży, jeśli wyj­dzie z domu bez porząd­ne­go śnia­da­nia i gro­żę mu — zupeł­nie jak mnie gro­zi­ła ciot­ka Kryś­ka z Lanc­ko­ro­ny — że jeśli nie zje tego kotle­ta wiel­ko­ści tale­rza, zamknę go w piw­ni­cy na wiecz­ne czu­wa­nie.

Gdy­bym spo­tka­ła dziś małą-mnie na uli­cy, prze­ło­ży­ła­bym ją przez kola­no i wybi­ła z głów­ki te jadło­wstręt­ne myśli. Gdy­bym dzi­siaj mia­ła pod skrzy­dła­mi do wycho­wa­nia wil­cząt­ko Lenę, zaję­ła­bym się nią znacz­nie lepiej, niż pró­bo­wa­li się nią wte­dy zająć jej wyima­gi­no­wa­ni rodzi­ce. Nie pozwo­li­ła­bym jej żreć tyle śmie­cio­we­go żar­cia, ale też nie wysy­ła­ła­bym jej do klasz­to­ru, jeśli aku­rat mia­ła­by ocho­tę na jaj­ko nie­spo­dzian­kę. Uczy­ła­bym ją, że są na tym świe­cie waż­niej­sze rze­czy od jedze­nia, np. świet­na zaba­wa, świet­ni ludzie, czy świet­ne histo­rie w książ­kach.

Jako nicze­go nie­świa­do­my dzie­cior byłam szczer­ba­ta, mia­łam pie­gi i w nie­wła­ści­wej kon­fi­gu­ra­cji słoń­ca moje wło­sy wyglą­da­ły, jak­by były rude. To ja zapo­cząt­ko­wa­łam w Pol­sce modę nosze­nia skar­pe­tek do san­da­łów.

No i byłam pul­pet­kiem. Nie jakimś bar­dzo, ale takim, któ­ry każ­de­go dnia nabie­rał do gło­wy i cia­ła coraz wię­cej nie­zdro­wych nawy­ków żywie­nio­wych. Potem ten pul­pe­tek zdał sobie spra­wę, że jest jakiś nie­do­sko­na­ły i oesu, to już koniec, albo wezmę się w garść, albo moja szan­sa na roman­tycz­ne unie­sie­nie prze­pad­nie bez resz­ty. Kole­żan­ki w kla­sie były szczu­plej­sze i wię­cej się śmia­ły, więc oczy­wi­stym było dla mnie, że żeby być szczę­śliw­szą, muszę być chud­szą. A poza tym to wspa­nia­łe poczu­cie kon­tro­li nad wła­snym cia­łem! Do dzi­siaj w przy­pły­wie mło­dzie­niasz­ko­we­go sza­leń­stwa, świe­cą mi się kur­wi­ki pra­gnie­nia samo­kon­tro­li w oczach.

Więc zaczął się szał na odchu­dza­nie i wzno­sze­nie modłów do kró­lo­wej Any. Był taki krót­ki i nie­chlub­ny moment w moim życiu, że od tego nie­je­dze­nia wylą­do­wa­łam na oddzia­le. Albo wszyst­kie dziew­cząt­ka łado­wa­ło się wte­dy na oddział, albo też mój świa­tek krę­cił się wokół tych dziew­czą­tek, bo w gim­na­zjum naj­bar­dziej pamię­tam głów­nie kory­ta­rze oddzia­łów. Przy wzro­ście 170cm z hakiem waży­łam nie­speł­na 44kg.

Dzi­siaj ten czas wspo­mi­nam z poli­to­wa­niem.

Do ide­ału bra­ku­je mi całych lat świetl­nych. Mam małe cyc­ki, ale faj­ną dupę i jestem weso­łą, nie taką strasz­nie głu­pią blon­dyn­ką. Napraw­dę myślę, że to wystar­czy, żeby wygrać w życie.

ZapiszZapisz