zasługujemy na odrobinę więcej

Wystar­czy­ły dwa dni wśród ludzi, żebym skon­sta­to­wa­ła, że to wszyst­ko nic nie war­te, nale­ży odwró­cić się na pię­cie i uciec. O ile orga­ni­zo­wa­nie komuś rze­czy jest cał­kiem zno­śne, o tyle orga­ni­zo­wa­nie cudze­go życia — już nie. Nie moż­na we mnie pokła­dać tak dra­stycz­nych nadziei.

Posta­wio­na pod ścia­ną zawsze powiem coś głu­pie­go, zawsze zacho­wam się nie tak, jak­bym chcia­ła, zawsze spró­bu­ję uda­wać kogoś inne­go, na wszel­ki wypa­dek, gdy­by się mia­ło oka­zać, że sama dla sie­bie jestem nie­wy­star­cza­ją­ca. Potem  wra­cam do domu z miną sra­ją­ce­go kota na pusty­ni i zasta­na­wiam się, total­nie skon­fun­do­wa­na, jakim cudem zno­wu zna­la­złam się tam, gdzie być nie chcia­łam.

Nie mogę prze­cież zrzu­cać wszyst­kie­go na hor­mo­ny. A może mogę, ale tym bar­dziej nie zamie­rzam żyć wg życia, jakie dane­go dnia mi zagra­ją. W dobrych chwi­lach myślę sobie, że nawet ja zasłu­gu­ję na odro­bi­nę wię­cej.

Wie­ści z sze­ro­kie­go świa­ta są prze­ra­ża­ją­ce. Cza­sa­mi łapię się na tym, że z dłoń­mi zaci­śnię­ty­mi w pię­ści pró­bu­ję powstrzy­mać mikro-ata­ki pani­ki. Jak­bym jesz­cze w ogó­le mia­ła nad tym jaką­kol­wiek kon­tro­lę. War­to dodać, że przez sze­ro­ki świat rozu­miem bli­ską prze­strzeń poza moim miesz­ka­niem.

Z takich naj­cie­kaw­szych rze­czy, to ostat­nio sta­ra­łam się o pra­cę, któ­rej nie dosta­łam, bo zapro­po­no­wa­łam dla siebie…za niskie wyna­gro­dze­nie. Rzad­ko się chy­ba zda­rza, by poten­cjal­ny szef (pcia męska zamie­rzo­na) ocze­ki­wał, by poten­cjal­ni pra­cow­ni­cy (a pra­cow­ni­ce już zwłasz­cza) jego kosz­tem ceni­li się bar­dziej. Pięk­na posta­wa, cho­ciaż tro­chę pla­to­nicz­na.

Rze­czo­ny szef zadzwo­nił do mnie po roz­mo­wie kwa­li­fi­ka­cyj­nej (prze­ma­glo­wał mnie na niej jak stąd do Wła­dy­wo­sto­ku) i zaser­wo­wał mi dwu­dzie­sto­mi­nu­to­wy wykład nt. tego, jak fatal­nie nisko się cenię. Że na roz­mo­wie wyka­za­łam się wie­dzą taką-to-a-taką, że moje port­fo­lio jest bar­dzo przy­zwo­ite (! cie­ka­we, że aku­rat okre­śle­nie „przy­zwo­ite” zaku­ło mnie moc­niej niż nie­otrzy­ma­nie pra­cy) i jestem goto­wa, by ukształ­to­wać ze mnie praw­dzi­wą, mie­rzal­ną war­tość dla ryn­ku pra­cy (dokład­nie w tych sło­wach). ALE. Nie ma nic gor­sze­go od pra­cow­ni­ka, któ­ry sam tej war­to­ści w sobie nie dostrze­ga.

Na tę wia­do­mość nie­mal wykrzy­cza­łam sza­now­ne­mu sze­fu, że ja w takim razie cofam wszyst­ko i ocze­ku­ję — nie, nie ocze­ku­ję, JA ŻĄDAM — 5 tysi wię­cej, niż zasu­ge­ro­wa­łam nie­śmia­ło na począt­ku. Pan sze­fu się na to roze­śmiał i rzekł „bar­dzo się cie­szę, pro­szę to wyko­rzy­stać na następ­nej roz­mo­wie kwa­li­fi­ka­cyj­nej”.

Oczy­wi­ście, że nie wyko­rzy­stam. Tak nisko upa­dłam już na blond gło­wę.