z ostatnich wrażeń literackich

Poprzed­ni post, okrop­nie zresz­tą smut­ny, wisi tutaj jak czar­na wdo­wa i odbie­ra całe­mu blo­go­wi radość życia, więc pomy­śla­łam, że dla roz­luź­nie­nia atmos­fe­ry wrzu­cę kil­ka wra­żeń z nie­daw­no prze­czy­ta­nych ksią­żek.

A było to tak:

Bie­gu­ni — Olga Tokar­czuk

O tej książ­ce sły­sze­li­śmy ostat­nio wzdłuż i wszerz. I bar­dzo dobrze.

Ale to nie jest łatwy tekst i nie oszu­kuj­my mnie, że jest. Może nie jestem jesz­cze na tyle zaawan­so­wa­na w gło­wie i w lite­ra­tu­rze (czy kie­dy­kol­wiek będę?), żeby móc zro­zu­mieć każ­dą wstę­gę słów, sym­bol czy mru­gnię­cie oka Tokar­czuk, ale nie­któ­re frag­men­ty zwy­czaj­nie mnie nuży­ły.

Tyl­ko że to nie było nuże­nie nega­tyw­ne, osta­tecz­ne, po któ­rym chcę odło­żyć książ­kę na pół­kę. Widzia­łam tam milion świa­tów i poten­cja­łów i chcia­łam w nie nur­ko­wać jak naj­dłu­żej. Bar­dzo lubi­my te moc­niej pokom­pli­ko­wa­ne książ­ki przy­rów­ny­wać do rosyj­skich matrio­szek. Bie­gu­ni to też taka ska­czą­ca matriosz­ka. “Teraz ja, teraz ja, i ja, i ja!”, prze­krzy­ki­wa­ły się histo­rie jed­ną przez dru­gą.

Naj­bar­dziej z wszyst­kich zapa­mię­ta­łam zaku­ta­ną i Annusz­kę, i cho­ciaż nie mam takich jak one powo­dów do uciecz­ki, chcia­ła­bym cza­sem “wsiąść do pocią­gu byle jakie­go…”

Okrop­nie jej życzy­łam, żeby już nie wra­ca­ła.

K-PAX — Gene Bre­wer

Try­lo­gia, i to w ory­gi­na­le! O panie, co to za histo­ria. Cza­iłam się na K-PAXA całe lata, ale uświad­czyć ją po pol­sku gra­ni­czy z cudem. A potem odkry­łam, że w woje­wódz­kiej biblio­te­ce publicz­nej na trze­cim pię­trze wspa­nia­ło­myśl­nie sie­dzą sobie zbio­ry obco­ję­zycz­ne. To było tak, jak­by mi na pusty­ni ktoś poma­chał przed ocza­mi 1,5 litro­wą Muszy­nian­ką.
Już od daw­na nosi­łam się z zamia­rem, żeby zacząć na serio raso­wać swo­je języ­ki przez to, czym rasu­je się mnie naj­ła­twiej — przez czy­ta­nie. Ale książ­ki po angiel­sku takie dro­gie, a pod­ręcz­ni­ki takie nud­ne. No to masz. Teraz mam górę zło­tych ksią­żek, a na doda­tek na pierw­szej wizy­cie od razu wpa­dłam na K-PAXA. Idź­cie to prze­czy­taj­cie. To jest wspa­nia­łe.

Jeśli już mia­ła­bym kogoś odsy­łać do ksią­żek, któ­re odpo­wia­da­ją na pyta­nie “jak żyć”, to ode­sła­ła­bym go do tej try­lo­gii, bo tam na to wszyst­ko jest prze­pis w jed­nej pigu­le.

Nale­żę do gro­na osób, któ­re zachwy­ca­ły się fil­mem K-PAX, ale po prze­czy­ta­niu try­lo­gii muszę przy­znać, że film jest przy niej nija­ki, led­wie liznął temat, a więk­szość spraw, któ­re zosta­ły tam w głów­nej mie­rze poru­szo­ne, zosta­ły zepchnię­te na naj­dal­szy, nic nie­zna­czą­cy plan. Jed­na z naj­istot­niej­szych kwe­stii — jedze­nie mię­sa, zabi­ja­nie zwie­rząt, nie­ludz­kie warun­ki, w jakich są prze­trzy­my­wa­ne itd. — zosta­ła ZUPEŁNIE pomi­nię­ta, mimo że cała try­lo­gia mogła­by być śmia­ło biblią dla wegan i umi­ło­wa­niem każ­de­go ist­nie­nia.

prot tak pięk­nie te kwe­stie tłu­ma­czy, tak pro­sto, że chce się z miej­sca pod­jąć kro­ki ku zmia­nie świa­ta i ochro­nie śro­do­wi­ska.

Cała try­lo­gia na dłu­gie dni dała mi do myśle­nia. Do duma­nia, do sma­ko­wa­nia, do roz­wa­ża­nia, ana­li­zo­wa­nia i porów­ny­wa­nia. To nie jest lite­ra­tu­ra naj­wyż­szych lotów, a jed­nak potra­fi na róż­nych pię­trach podo­ty­kać każ­dej stru­ny. Lubię tak. I pie­przę świat, idę w stro­nę swo­jej zmia­ny.

Naj­gor­szy czło­wiek na świe­cie — Mał­go­rza­ta Hal­ber

Mów­cie co chce­cie, ja Goś­kę uwiel­biam. Kie­dy byłam nasto­lat­ką, była moim VIVA-auto­ry­te­tem — chcia­łam być taka ja ona: pew­na sie­bie, wyga­da­na, elo­kwent­na, wyczi­lo­wa­na, pełen pakiet, a w dodat­ku tak wspa­nia­le umie w pisa­nie. A tu się oka­zu­je, że ona pew­na sie­bie i wyczi­lo­wa­na nie była ani przez chwi­lę. Gene­ral­nie oka­zu­je się, że wszyst­ko to jed­no wiel­kie gów­no.

Uwiel­biam takie pisar­stwo odar­te z wszel­kiej mydli­ny. To pisar­stwo z mydli­na­mi też bar­dzo lubię, ale to odar­te, suro­we, tro­chę jak mię­so, żywa tkan­ka, prze­ma­wia do mnie naj­moc­niej. Gdy mi ktoś daje histo­rią po mor­dzie, wprost, bez ogród­ko­wa­nia, że była wio­sna, ptasz­ki śpie­wa­ły, pąki kwi­tły, a ja tak jak­by nie mia­łam humo­ru.

Goś­ka tam nie pisze tyl­ko o swo­im uza­leż­nie­niu — to jest jakaś bzdu­ra, że oto jej coming out i niech się dzie­je wola nie­ba — ona dema­sku­je ste­reo­typ uza­leż­nie­niow­ca, któ­re­mu ule­ga­my WSZYSCY. Ja też. I ty tak­że. Ale wejść do gło­wy czło­wie­ka, któ­ry ma tak samo nie­ha­lo w gło­wie jak ty przez tyle lat i w dodat­ku poczuć te emo­cje, któ­rych ona tyle lat nie dopusz­cza­ła do gło­su — to jest pięk­ne pisar­stwo, gor­li­we i ja takie lubię, i ja takie rze­czy mogę czy­tać i odczu­wać, i co parę stron komen­to­wać wiel­ki­mi ocza­mi i nie­do­wie­rza­ją­cym “łooooooł” zro­zu­mie­nia.

Sztu­ka powie­ści II — wywia­dy z pisar­ka­mi

Zaczę­łam od kobiet, bo ostat­nio, cie­ka­wa rzecz, bra­ku­je mi towa­rzy­stwa kobiet.

Ze Sztu­ki powie­ści wyno­to­wa­łam z miliard cyta­tów. W książ­ce zosta­ły zebra­ne wywia­dy prze­pro­wa­dzo­ne naście albo nawet dzie­siąt lat temu z pisar­ka­mi taki­mi jak: Doris Les­sing, Mar­ga­ret Atwo­od, Ali­ce Mun­ro, Jeanet­te Win­ter­son, Toni Mor­ri­son, Ursu­la Le Guin, Her­ta Mul­ler…

Cudow­nie jest czy­tać takie rze­czy i po raz kolej­ny uświa­da­miać sobie, że napraw­dę nikt nie jest w sta­nie dać nam jed­ne­go prze­pi­su na życie, pra­cę a już zwłasz­cza na suk­ces. Wszy­scy (wszyst­kie) mamy inne prze­ko­na­nia, ocze­ki­wa­nia, ruty­ny postę­po­wa­nia, sytu­acje, oko­licz­no­ści, marze­nia, pla­ny, zaso­by, śro­do­wi­sko, gło­wy. I każ­da z nas ma inną furt­kę do odna­le­zie­nia.

A furt­ki są nie­ogra­ni­czo­ne. Napraw­dę. Gdzie nie spoj­rzy­my, tam furt­ka, mała prze­strzeń, któ­rą dzię­ki naszej kre­acji może­my posze­rzać, aż sta­nie się to naszą dru­gą natu­rą i być może spo­so­bem na życie. Furt­ki są wszę­dzie.

Małe Kobiet­ki — Louisa May Alcott

No prze­uro­cze toto było, mia­łam nawet takie momen­ty total­ne­go wzru­sze­nia — do łez, do szlo­chu osta­tecz­ne­go (oczy­wi­ście przy Beth, a już przy Beth i for­te­pia­nie od dziad­ka Law­ren­ca to już w ogó­le). Nie­ste­ty, w Pol­sce Małe Kobiet­ki zosta­ły chy­ba ogo­ło­co­ne z dru­giej czę­ści, co odkry­łam zupeł­nie przy­pad­kiem, prze­cha­dza­jąc sie po Empi­ku i odkry­wa­jąc obco­ję­zycz­ne, dwa razy grub­sze od moje­go, wyda­nie z Pen­gu­ina. Nie wiem, czy chcę znać dal­sze losy panie­nek March. Bo co jeśli spo­ile­ry Rachel z Friend­sów oka­żą się aku­rat­ne? Pęk­nie mi ser­ce i będę musia­ła książ­kę do koń­ca świa­ta i jeden dzień dłu­żej trzy­mać w lodów­ce.

Ese­je wybra­ne — Vir­gi­nia Woolf 

Vir­gi­nię Woolf sma­ku­ję. Zwłasz­cza w tych momen­tach, gdy już mam głód total­ny wyż­szej lite­ra­tu­ry. Oczy­wi­ście nikt tak napraw­dę nie wie, czym jest wyż­sza lite­ra­tu­ra (albo czym w ogó­le jest lite­ra­tu­ra pięk­na), ale dla mnie to są zwy­czaj­ne sło­wa, któ­re ukła­da­ją się w nad­zwy­czaj­ne zda­nia. I od Vir­gi­nii zawsze, nie­za­leż­nie od tego, co aku­rat czy­tam, zawsze to dosta­nę. Ona ma pisar­stwo z rodza­ju tych pla­stycz­nych, w punkt i ślicz­nych. Tak bym to nie­fa­cho­wo opi­sa­ła.

Poju­trze. O mia­stach przy­szło­ści — Pau­li­na Wilk

A zno­wu Pau­li­na Wilk pisze o mia­stach, a że ja o mia­stach, archi­tek­tu­rze, prze­strze­ni i kwe­stiach pokrew­nych czy­tać uwiel­biam, a z kolei Pau­li­na pisać o nich umie, to my się w tej mate­rii dosko­na­le rozu­mie­my i uwiel­bia­my.

To jest wiel­ka sztu­ka z repor­ta­żu zro­bić pory­wa­ją­cą opo­wieść o tkan­ce mia­sta, któ­ra żyje, a któ­ra powo­li się roz­kła­da, na oczach ich miesz­kań­ców i resz­ty świa­ta. Natu­ral­nie, za przy­czy­ną czło­wie­ka.

Dom sióstr — Char­lot­te Link

- mimo naj­szczer­szych chę­ci, odpa­dłam w poło­wie czy­ta­nia.

Cały inter­net się tą książ­ką zachwy­ca, a ja nadal, pomi­mo moich wie­lo­let­nich prób, jestem pod wpły­wem więk­szo­ści tych zachwy­tów. Chcia­ło mi się książ­ki z histo­rią, któ­ra mnie porwie, ale ta mnie nie porwa­ła, co tu dużo mówić. Pamię­tam, że jako nast­ka lubi­łam czy­tać Char­lot­te Link — jako nast­ka nie dla­te­go, że jej książ­ki są dobre dla nast­ki, tyl­ko dla­te­go, że książ­ki dla nastek, gdy byłam nast­ką, zupeł­nie mnie nie satys­fak­cjo­no­wa­ły i szu­ka­łam cze­goś bar­dziej. Więc mam do tej Pani sen­ty­ment, bo jest cho­ler­nie płod­na w opo­wia­da­niu cie­ka­wych histo­rii.

Tyl­ko że po dwóch latach abo­na­men­tu w Legi­mi nazbie­ra­łam do kolej­ki tyle poten­cjal­nie wspa­nia­łych lek­tur, że nie umiem już wyba­czyć żad­nej książ­ce, któ­ra nie porwie mnie na dzień dobry bez resz­ty. Ta nie porwa­ła mnie ani po dwu­stu, ani po trzy­stu stro­nach, więc z cięż­kim ser­cem odpu­ści­łam. Nadal stoi mi z tyłu gło­wy, ale to dla­te­go, że z książ­ka­mi to ja mam jesz­cze więk­sze FOMO niż z inter­ne­tem. Jak jakiejś nie doczy­tam do koń­ca, to tak dłu­go się zasta­na­wiam, czy dobrze zro­bi­łam, że ją odrzu­ci­łam, że w mię­dzy­cza­sie po pro­stu mogła­bym tę bied­ną książ­kę doczy­tać i pro­blem był­by z gło­wy. Ale gdy­by się oka­za­ło, że mam rację, to zno­wu roz­trzą­sa­ła­bym poczu­cie stra­co­ne­go cza­su. Ola­bo­ga, te dyle­ma­ty książ­ko­ho­li­ka…

Mar­sja­nin — Andy Weir

No wła­śnie, Mar­sja­nin jest świet­ną ilu­stra­cją moich książ­ko­ho­licz­nych roz­te­rek i pochop­nych osą­dów nt. czy­ta­nej lek­tu­ry. Ten tytuł też bowiem po kil­ku­dzie­się­ciu pierw­szych stro­nach spi­sa­łam na stra­ty. I mia­ła­bym cze­go żało­wać. Myśla­łam sobie — faj­na dla fre­aków, któ­rzy lubią czy­tać s-f o kosmo­sie. Tak się skła­da, że jestem jed­nym z tych fre­aków, ale nie wte­dy, gdy cze­ka na mnie wspo­mnia­nia już kolej­ka fan­ta­stycz­nej lite­ra­tu­ry (takiej, któ­ra czu­ję, że mnie ubo­ga­ci i zain­spi­ru­je — a nicze­go wię­cej od książ­ki tak napraw­dę nie ocze­ku­ję).

Czy­ta­łam Mar­sja­ni­na i oczy zamy­ka­ły mi się coraz bar­dziej. Wyszłam z zało­że­nia, że “o, to cie­ka­we, i pew­nie cała opo­wieść jest o tym, jak sobie uło­żył życie na Mar­sie, aż umarł z jakąś sąż­ni­stą puen­tą na ustach albo go ktoś wspa­nia­ło­myśl­nie ura­to­wał”. Taki lite­ral­ny Cast Away — poza świa­tem.

Już mia­łam prze­nieść książ­kę do kosza, gdy zaczę­łam czy­tać następ­ny roz­dział i mimo 4 nad ranem oczy sze­ro­ko mi się otwo­rzy­ły. Czy­ta­łam do 6:30, i to tyl­ko dla­te­go, że mia­łam tak potęż­ny pia­sek pod powie­ka­mi, że nie byłam w sta­nie dłu­żej utrzy­mać ich otwar­tych.

Lubię dopeł­niać sobie wra­żeń, więc tak jak w przy­pad­ku K-PAXA zaraz po skoń­cze­niu książ­ki (któ­ra, spo­iler, jest po pro­stu świet­na) posta­no­wi­łam obej­rzeć film.

No i cóż. Film zno­wu oka­zał się led­wie ład­ny­mi obraz­ka­mi z kom­pu­te­ro­wej pla­ne­ty Mars.
Pomi­mo tego, że histo­ria się dosyć zga­dza (cho­ciaż w książ­ce jest jakieś 20x wię­cej akcji, a w fil­mie led­wie ze trzy bre­ak­po­in­ty), nie odzwier­cie­dla nawet 2% cha­rak­te­ru i wydźwię­ku całej opo­wie­ści. A już zwłasz­cza wyra­zi­stych posta­ci i ner­do­we­go poczu­cia humo­ru. Andy tak ich wszyst­kich w książ­ce roz­ry­so­wał, że jak­by chciał, mógł­by do każ­dej oso­by napi­sać odręb­ne­go spin-offa.

JUST SAYING, ANDY! <3

Astro­fi­zy­ka dla zabie­ga­nych — Neil deGras­se Tyson

Jak już jeste­śmy w tema­cie kosmo­su, któ­rym ostat­nio wyglą­da na to, że żyję, wspo­mnę jesz­cze o tej kró­ciut­kiej ksią­żecz­ce. Tytuł odda­je wszyst­ko. Dla kogoś, kto chciał­by się szyb­ciut­ko dowie­dzieć, o co w tym całym kosmo­sie cho­dzi, co się tam aktu­al­nie wypra­wia i jak się do tego wszyst­kie­go ma Zie­mia (od momen­tu wyda­nia książ­ki już i tak wszyst­ko mogło ulec zmia­nie), będzie to ide­al­ny wybór. Dla mnie przy­naj­mniej był, tyle że po niej star­tu­ję do gigan­tycz­nej w roz­mia­rach i tre­ści Błę­kit­nej krop­ki.

Have no fear, leWa­de­ra.

Tags