wystarczy, papa, żegnaj, odejdź, do widzenia

W wymia­rze dam­sko-męskim mam potwor­ną samo­oce­nę i praw­do­po­dob­nie sama sabo­tu­ję więk­szość swo­ich związ­ków.

Nie mam na myśli wyglą­du. Wygląd już daw­no roz­pra­co­wa­łam, czy­li wiem, że gdy ja się czu­ję pięk­na, to i świat ma mnie za pięk­ną, a gdy czu­ję się brzyd­ka, to świat robi ze mną co chce — za moim pozwo­le­niem.

Nie lubię się z moimi nie­któ­ry­mi cecha­mi cha­rak­te­ru. Gdy któ­raś weź­mie nade mną górę, samo­bi­czu­ję się i wyrzu­cam sobie, że jestem nic nie­war­ta, że jak mogłam, że wstyd, że kto to widział. Porów­nu­ję się z inny­mi zacho­wa­nia­mi, a jesz­cze chęt­niej porów­nu­ję się do moje­go face­ta i koniec koń­ców wycho­dzi na to, że na nie­go nie zasłu­ży­łam.

Za każ­dym razem to dla mnie wiel­ki szok, gdy ktoś posta­na­wia się we mnie zako­chać, ale to jesz­cze więk­szy szok, gdy wytrzy­mu­je ze mną dłu­żej niż kil­ka mie­się­cy. Moja mat­ka twier­dzi podob­nie. Naj­bar­dziej mnie boli, że zako­chu­ją się we mnie face­ci, któ­rych moż­na mi zazdro­ścić. Sama ich sobie zazdrosz­czę.

Ale to pra­wie zawsze jestem ja, któ­ra mówi: „wystar­czy, papa, żegnaj, odejdź, do widze­nia”. Na wszel­ki wypa­dek powin­ni­śmy się roz­stać, na wszel­ki wypa­dek powin­nam uciec do lasu i nie dać ci się tak cał­kiem poznać.
Z sucho­ści ust, z wil­go­ci oczu, z dobro­ci ser­ca. Z ego­izmu gło­wy, z tro­skli­wo­ści moich drżą­cych ze stra­chu dło­ni.

Będąc w związ­ku, czu­ję się jak kłam­czu­cha.

Moją jedy­ną misją jest prze­ga­da­nie do rozu­mu nie­szczę­sne­go deli­kwen­ta i uświa­do­mie­nie mu, że to bar­dzo nie w porząd­ku być ze mną, bo jestem taka, sia­ka, śma­ka, owa­ka, że może z jakie­goś powo­du jesz­cze tego nie widzi, ale powi­nien zoba­czyć, bo to nie fair — żyć w fan­ta­zji ze sztucz­nie roz­chi­cho­ta­ną i sypią­cą nie­śmiesz­ny­mi żar­ta­mi blon­di.

Blon­di czę­sto bowiem tonie w czer­ni wła­snych myśli, i te myśli lubią przy byle oka­zji odbi­jać się jej czkaw­ką.

Gorącz­kę mam, tro­chę bre­dzę. Czy­tam Prze­krój, szpry­cu­ję się wita­mi­ną, piję kawę, leję wodę, mam się dobrze, mam melan­cho­lię.

Ale jak sta­ję na nogi, to nie dla­te­go, że muszę, tyl­ko dla­te­go, że chcę.
Kosmicz­na róż­ni­ca, z któ­rej jestem cho­ler­nie dum­na.