wszyscy mamy swoją banię

Do śnia­da­nia, tuż przed siód­mą rano, musi być kawa, zie­lo­na her­ba­ta i musu­ją­ca mul­ti­wi­ta­mi­na roz­pusz­czo­na w let­niej wodzie. Hiper­na­wod­nio­na pod­łą­czam uszy do swo­je­go tele­fo­nu i syn­chro­ni­zu­ję się z odświe­żo­ną play­li­stą na spotify’u.
Wycho­dzę z klat­ki i machi­nal­nie kie­ru­ję gło­wę na pół­noc­ny-zachód naprze­ciw­le­głe­go blo­ku, pró­bu­jąc doj­rzeć jakiej­ko­wiek for­my życia za zasło­nię­tym nie­bie­ski­mi role­ta­mi oknem. Po ułam­ku sekun­dy przy­po­mi­nam sobie, że cała prze­szłość już daw­no z tego okna ule­cia­ła, a we mnie zamiast wspo­mnień tli się — z jakie­goś powo­du wciąż żywy i wyczu­wal­ny na języ­ku — nie­smak (bo dla­cze­go coś tak ludz­kie­go i ład­ne­go koń­czyć tak nie­ludz­ko i nie­ład­nie?).

Sąsiad na mój widok roz­pro­mie­nia się. Myśli, że jestem uro­cza, bo mam dłu­gie blond wło­sy i drob­ny war­ko­czyk. Naj­pierw idę w pra­wo, potem bez sen­su w lewo, żeby wró­cić się w pra­wo i zno­wu w pra­wo, a potem w lewo i już cały czas pro­sto.

W pra­cy sku­piam się na pra­cy. Kie­dy nie sku­piam się na pra­cy, robię wszyst­ko, żeby sku­pić się na pra­cy. Mam cią­głą, nie do koń­ca dla mnie jasną potrze­bę udo­wad­nia­nia sobie, że jestem dokład­nie tą oso­bą, któ­rej się tam potrze­bu­je. Oko­ło jede­na­stej robię się nie­spo­koj­na. Jedze­nie zazwy­czaj zała­twia spra­wę, pod warun­kiem, że indeks gli­ke­micz­ny posił­ku nie wywo­łu­je ner­wo­we­go chi­cho­tu moich kiszek.

Nie lubię, gdy się nie­po­trzeb­nie gene­ru­je we mnie cha­os. Gdy mi się zawra­ca gło­wę nie­istot­ny­mi z punk­tu widze­nia zadań do wyko­na­nia bzdu­ra­mi. Gdy mi się w kół­ko powta­rza to samo, choć do żad­ne­go z ist­nień nie wpro­wa­dza to nicze­go odkryw­cze­go. Gdy się wytwa­rza bez powo­du tok­sycz­ną atmos­fe­rę albo gdy ktoś obok mnie bez powo­du tok­sycz­nie pach­nie.

W dro­dze do domu jestem zain­spi­ro­wa­na. Z każ­dym kolej­nym kro­kiem zgro­ma­dzo­ne w cią­gu dnia napię­cie ulat­nia się, a ja odzy­sku­ję kon­takt z pier­wot­nym źró­dłem. Rod­czen­ko, jestem coraz bli­żej.

 

Zaha­czam o Bie­dron­kę i upo­sa­żam się w zestaw obia­do­ko­la­cjo­wy wer­sja PRO: sała­ta, tuń­czyk w sosie wła­snym, świe­ży ogó­rek i pesto (wer­sja LIGHT jest pozba­wio­na małe­go, zie­lo­ne­go pude­łecz­ka z dosko­na­le dopra­wio­nym orga­zmem dla moich kub­ków sma­ko­wych). Tuń­czy­kiem dzie­lę się z Per­szin­giem fifty-fifty. W trak­cie obie­ra­nia ogór­ka ułam­ki życia z tobą prze­la­tu­ją mi przed ocza­mi. Patrzysz w moją stro­nę i uśmie­chasz się z drwi­ną. „To wyglą­da okrop­nie. A jak sma­ku­je?”

Efekt koń­co­wy żuję w nie­skoń­czo­ność. Tro­chę się delek­tu­ję, a tro­chę mi przy­kro, że muszę zjeść całą por­cję sama.

Wcze­snym wie­czo­rem sia­dam do ksią­żek. Do wszyst­kich moż­li­wych rodza­jów ksią­żek, począw­szy od pary­skiej „Kul­tu­ry” z 66. roku, przez pod­ręcz­nik do hisz­pań­skie­go i rekla­my, na teo­rii bud­dy­zmu skoń­czyw­szy. Osiem ese­jów do popeł­nie­nia w kwiet­niu na uczel­nię, sześć egza­mi­nów i magi­ster­ka. Dobrze, że przy­naj­mniej mam blo­ga, na któ­rym mogę pisać o głu­po­tach.

Zamiast na kola­cję, idę na tre­ning, nie­za­leż­nie od godzi­ny i poło­że­nia słoń­ca. To jedy­ne miej­sce i czas kie­dy mogę być napraw­dę sobą. Prysz­nic bio­rę nie­po­bo­że­mu, czy­li tak dłu­go, aż mi się skoń­czy cie­pła woda. Ta ablu­cja to pre­wen­cyj­na nadzie­ja na roz­grze­sze­nie mnie z grze­chów, któ­rych jesz­cze nie popeł­ni­łam. Tro­chę jak­bym cze­ka­ła, aż w moim matrik­sie zadzie­je się błąd i życie zno­wu mi się spier­do­li.

Zasy­piam, zanim zdą­żę się zorien­to­wać, że zim­no mi w sto­py. Potem śnią mi się złe rze­czy, o któ­rych nie mogę ci opo­wie­dzieć, bo one bolą bar­dziej cie­bie niż mnie, kie­dy się budzę środ­kiem nocy z nie­mym krzy­kiem.

Szu­kam za oknem strzę­pów nowych życio­wych roz­dzia­łów moich sąsia­dów i żału­ję tych słów, któ­re padły, a z któ­rych potem swo­im mil­cze­niem się wyco­fa­łeś. Nie­bo mie­ni się wszyst­ki­mi odcie­nia­mi póź­no­je­sien­nej kału­ży.