wierzenie sobie to jak wierzenie w siebie, tylko czulej


autoerotyka / wtorek, Kwiecień 9th, 2019

Po powro­cie z pra­cy sia­dam do kom­pu­te­ra i piszę cha­otycz­nie, z myśli. Z myśli — to zna­czy, że nie da się tego potem odszy­fro­wać, logicz­nie roz­czy­tać. Ale muszę to robić, żeby zbu­do­wać ze sobą jakiś balans.
W pra­cy zaj­mu­je się rze­cza­mi, z któ­ry­mi w domu nie mam nic wspól­ne­go. Może kie­dyś będę w nie dobra, ale póki co potrze­bu­je schro­nu prze­ciw­prag­ma­tycz­ne­go, któ­rym dla mnie, oka­zu­je się, jest beł­ko­tli­we pisa­nie.

*  Pytasz mnie, co to zna­czy, że się boję wra­cać do punk­tu zero. To miej­sce jest zupeł­nie poza sfe­rą ducha, a cho­ciaż lubi­my się z ducha śmiać, to ja jestem prę­dzej sko­ra śmiać się z prak­tycz­no­ści ludzi. Może nie śmiać, to bar­dzo nie­for­tun­na kon­sta­ta­cja. Współ­czuć i trzy­mać się z dale­ka. Obser­wo­wać, krę­cić nosem, nie mie­szać się. Inge­ro­wać tyl­ko wte­dy, gdy zapro­szą lub popro­szą. Nigdy wcze­śniej.

* No ina­czej jest, co powiem. Ale co by to było za życie, gdy­by od cza­su do cza­su nie było ina­czej. Na przy­kład teraz budzę się o szó­stej rano, zamiast kłaść się spać. To jest ta dobra zmia­na. Nie muszę się jed­nak spie­szyć na żaden tram­waj. To jest ta wspa­nia­ła zmia­na. Z naj­gor­szych zmian, to moja wyso­ka wraż­li­wość usta­wicz­nie wysta­wia­na jest na pró­bę. Ale to dobrze, tro­chę też po to tam poszłam. Żeby nauczyć się zbie­rać try­wial­ne cio­sy a wie­czo­ra­mi móc je z wyso­ko usta­wio­nym nosem z sie­bie zmy­wać. Nie mogę do gło­su dopu­ścić mro­ku wła­snych myśli i błęd­nej pętli samo­na­krę­ca­ją­ce­go się stre­su i samo-zwąt­pie­nia. Bo wła­ści­wie wszyst­ko spro­wa­dza się do tego, czy sobie uwie­rzę czy nie. Wie­rze­nie sobie to jak wie­rze­nie w sie­bie, tyl­ko czu­lej.

Księ­życ mnie tu przy­pro­wa­dził. Mamy taki układ, że gdy nie wiem, gdzie się podziać, to po pro­stu idę w jego stro­nę.

Ode mnie to ukra­dłeś, ale nie mam ci tego za złe, bo jestem za tym, żeby ludzie zawsze szli we wła­ści­wą, we wła­snym uczu­ciu, stro­nę.

* Gdzie to w ogó­le było? Na jakimś moście? W śmier­dzą­cym klu­bie? Przy tych food­trac­ko­wych ławecz­kach usma­ro­wa­nych duń­skim sosem? Począ­tek gdzieś mi ule­ciał, może przy­sło­ni­ło mi go świa­tło księ­ży­ca, ale tań­czy­ło nam się razem dosko­na­le. To są chy­ba te moje jed­ne z nie­wie­lu momen­tów, kie­dy napraw­dę mogę przy­znać, że czu­ję się kobie­co. Czy to to zwró­ci­ło two­ją uwa­gę? Ale na dru­gi dzień jakoś nie mogłam się odna­leźć.

Nato­miast cze­goś się dowie­dzia­łam. To nie jest kwe­stia zada­wa­nia nie­wła­ści­wych pytań, tyl­ko zada­wa­nia zbyt dużej ilo­ści pytań. Im bar­dziej roz­py­tu­je­my się o sen­sy i non­sen­sy, tym wię­cej nam umy­ka. Na tyle mi się uda­ło poukła­dać sobie w gło­wie, że pra­wie już umiem zamy­kać swój mózg i jadacz­kę w odpo­wied­nich momen­tach. I patrzeć, co się dzie­je. Zazwy­czaj dzie­je się mnó­stwo, gdy otwo­rzy­my sze­rzej oczy, a szczel­niej zamknie­my buzię.

Nie odbie­gaj­my jed­nak, co my to wte­dy chcie­li­śmy? Chy­ba chcia­ło nam się pić albo jeść, albo jed­no i dru­gie i do bel­gij­skich fry­tek pili­śmy bez sen­su espres­so. Było po trze­ciej rano.
Myślę że jak­by­śmy mie­li zapał­ki, to pod­par­li­by­śmy sobie nimi oczy, byle tyl­ko nicze­go nie stra­cić.

To jed­no trze­ba ci przy­znać, masz nie­ziem­skie oczy. Nie w sen­sie zachwy­tu (nie oszu­kuj się, to też), tyl­ko w takim, że jak w nie patrzę, to czę­sto muszę odwra­cać wzrok, bo się boję, że zaglą­dam w ser­ce isto­ty spo­za tej zie­mi. Pomi­mo mojej cie­kaw­sko­ści, wstrzy­mam się z tym pozna­niem do naj­od­le­glej­sze­go koń­ca.
Pamię­tam, że na dru­gi dzień nie byłam sobą. Prze­ko­do­wa­łam sobie to nie­sa­mo­wi­te spo­tka­nie na spo­łecz­ne stan­dar­dy i nic mi się nie zga­dza­ło.

* I jesz­cze popsuł mi się wzrok, tym razem tak na serio. W gło­wie mi się nie mie­ści, że w kwiet­niu zało­żę na nie­wia­do­mo­jak­dłu­go oku­la­ry. Ale muszę, bo to nie-do-widze­nie jest nie-do-wytrzy­ma­nia.

* Ten aka­pit jest z dwu­krop­kiem i otwar­tym nawia­sem do cie­bie — to już trze­ci ranek, gdy po prze­bu­dze­niu myślę “idę do K.”, a nie “idę do pra­cy”. To jest ta zmia­na, któ­rej nie chce w żaden spo­sób nazy­wać. Prze­myśl to i jak już wsta­ję dla cie­bie o szó­stej rano, to może zaczniesz mnie obda­ro­wy­wać w sło­necz­ne bony. W Kra­ko­wie jest słoń­ce, ale stra­szy mnie wia­trem. W Bar­ce­lo­nie też?