więcej grzechów nie pamiętam, czyli podsumowanie lutego

Ponie­waż prze­ży­wam wła­śnie kry­zys toż­sa­mo­ści blo­go­wej, nic nie stoi na prze­szko­dzie, by wrzu­cić tu tro­chę zapchaj­dziu­ro­wych tek­stów. Wol­no mi, u sie­bie jestem. A sko­ro sama uwiel­biam czy­tać pod­su­mo­wa­nia innych, pomy­śla­łam, że i ja zbio­rę do kupy luto­we szcze­gół­ki, o któ­rych za rok o tej porze być może chcia­ła­bym pamię­tać.

Luty to dla mnie Mie­siąc Prze­ci­nek.
Sty­czeń trak­tu­ję jako nowo­rocz­ny roz­ruch, za to w mar­cu, zapew­ne na oko­licz­ność wio­sny, pod­wi­jam ręka­wy i bio­rę się ostro do robo­ty. Sprzą­tam wte­dy swo­je życie pry­wat­ne i zawo­do­we. Miesz­ka­nie też sprzą­tam.
Podej­mu­ję sze­reg decy­zji o tym, co dalej i czy w ogó­le, a jeśli tak, to gdzie i z kim. Czy­li nie dość, że natu­ra zno­wu budzi się do życia, to i w moim życiu budzi się nowa chęć do życia.

Ale zanim to nastą­pi, muszę stra­wić 28, w pory­wach 29 dni prze­cin­ków. Na szczę­ście tego­rocz­ne prze­cin­ki były lek­ko­straw­ne i przy­nio­sły mi mnó­stwo Dobre­go.

Kontynuowałam styczniowe wyzwanie z jogą

Przy­pusz­czam, że tyl­ko garst­ka z Was wie, że sty­czeń stał u mnie prak­tycz­nie wyłącz­nie pod zna­kiem jogi.

Pierw­sze­go stycz­nia przy­po­mnia­łam sobie, że Adrie­ne otwie­ra rok mie­sięcz­nym wyzwa­niem jogo­wym. Stwier­dzi­łam, że ok, wcho­dzę w to. Ale tyl­ko w TO. W tym cza­sie posta­no­wi­łam nie pla­no­wać i nie posta­na­wiać nicze­go inne­go.
Przez 23h doby mogłam być skoń­czo­nym luze­rem, któ­ry dłu­bie w nosie przed Net­flik­sem albo zmu­sza swo­ją sim­kę do pisa­nia dzie­ła swo­je­go życia — pod warun­kiem, że każ­de­go dnia roz­wi­nę matę i pod­dam się doświad­cze­niu, któ­re przy­go­to­wa­ła mi Adrie­ne.

I uda­ło się, tak po pro­stu, bez potknię­cia, bez naj­mniej­sze­go zająk­nię­cia. Nie mam poję­cia, jak to zro­bi­łam. Nie dla­te­go, że to takie trud­ne, tyl­ko dla­te­go, że to takie inne od wszyst­kie­go, co do tej pory robi­łam.

Roz­wi­ja­nie maty weszło mi w nawyk, więc w lutym jogę natu­ral­nie kon­ty­nu­owa­łam. I muszę przy­znać, że zro­bi­ło mi się wię­cej miej­sca w cie­le i w gło­wie.


Otrzymałam najbardziej wyczekiwaną paczkę roku…

…czy­li Walen­tyn­kę od mojej przy­ja­ciół­ki.

Ona miesz­ka w War­sza­wie, ja w Kra­ko­wie, więc od kil­ku lat mamy tra­dy­cję wysy­ła­nia sobie kiczo­wa­tych paczek na 14. lute­go.
Nie wysy­ła­my sobie nic na uro­dzi­ny ani na świę­ta, a wszyst­kie dro­bia­zgi, małe i gigan­tycz­ne, któ­re w cią­gu roku zgro­ma­dzi­my z myślą o sobie, kumu­lu­je­my w pacz­ce walen­tyn­ko­wej. Ada ma o tyle gorzej, że ja jej wysy­łam chy­ba tyl­ko sto­sy ksią­żek — z każ­dym rokiem coraz cięż­sze. Ale przy­naj­mniej nie muszę żyć w stra­chu, że bie­dul­ka miesz­ka w metro­po­lii i nie ma pod ręką ład­nych słów, któ­re w razie potrze­by doda­ły­by jej otu­chy.


Wszechświat — jak na zawołanie — podarował mi 5 numerów Przekroju

Uwiel­biam Prze­krój. Za wygląd, za treść, za to, że wró­cił odro­dzo­ny niczym feniks z pot­te­ro­wych popio­łów. Kil­ka lat temu kolek­cjo­no­wa­łam tygo­dnik i obwie­sza­łam ścia­ny poko­ju ilu­stro­wa­ny­mi okład­ka­mi, a dzi­siaj mogę cie­szyć się obszer­nym wyda­niem kwar­tal­ni­ka.

Tyle że…zakup każ­de­go nowe­go nume­ru odkła­da­łam tak dłu­go, aż zni­kał z półek, a na jego miej­sce wska­ki­wał nowy numer, któ­re­go zakup zno­wu odkła­da­łam… i tak w kół­ko.

Dwa tygo­dnie temu pomy­śla­łam: “kur­de, dosyć tego, idę do Empi­ku po Prze­krój. Ale by było naj­le­piej, jak­by mi się za jakąś dar­mosz­kę uda­ło dostać wszyst­kie dotych­cza­so­we nume­ry…”.

Myśla­łam, że umrę z szo­ku, gdy zoba­czy­łam w Empi­ku ostat­ni egzem­plarz “gwiazd­ko­wej pacz­ki Prze­kro­jo­wej” za jakieś śmiesz­ne naście zło­tych. “Śmiesz­ne naście”, bo jeden numer kosz­tu­je pra­wie 15 zł, a ja za tyle zło­tó­wek kupi­łam zestaw wszyst­kich pię­ciu kwar­tal­ni­ków Prze­kro­ju wyda­nych do tej pory.

Panie Wszech­świat, ład­nie pro­szę, nie prze­sta­waj mnie roz­piesz­czać <3


Zdałam sobie sprawę, że za 3 miesiące kończę 27 lat

Czy­li nie­daw­no czy­ta­łam świet­ny arty­kuł pew­ne­go kole­sia, któ­re­go po cha­rak­te­rze i tre­ści uzna­łam za dzia­du­nia, co to o życiu wie już wszyst­ko, a potem się oka­za­ło, że ten dzia­du­nio jest rok młod­szy ode mnie, tyle że ma na kon­cie już 3 książ­ki i try­liard publi­ka­cji.

I tak szcze­rze to strasz­nie się zaże­no­wa­łam, że jakiś młod­szo­lat ma w swo­im dorob­ku rze­czy, z któ­rych ja była­bym cał­kiem usa­tys­fak­cjo­no­wa­na na łożu śmier­ci — w wie­ku 80. lat.

Tym samym doszłam ze sobą do kon­sta­ta­cji, że albo bio­rę się za speł­nia­nie swo­ich marzeń teraz, albo nigdy.


Pogodziłam się ze sobą, że moją największą pasją są słowa i…książki (no shit Sherlock!)

Co tutaj do rze­czy ma “godze­nie”? Nie wiem. Nigdy jed­nak nie trak­to­wa­łam ksią­żek jako pasji, a raczej jako oczy­wi­sty ele­ment codzien­nej infra­struk­tu­ry moje­go życia. No bo co to za życie bez cza­su na czy­ta­nie ksią­żek?

Poja­dę bana­łem, ale czas to chy­ba naj­cen­niej­sza war­tość, jaką nam dano. Ani go sobie nie odku­pi­my, ani w nie­go nie zain­we­stu­je­my, ani też nigdzie go nie zare­kla­mu­je­my.
A sko­ro już z peł­ną świa­do­mo­ścią ulot­no­ści cza­su poświę­cam go w spo­rych ilo­ściach na czy­ta­nie ksią­żek, ozna­cza to chy­ba, że napraw­dę mi na nich zale­ży. Jak na pasji.

W lutym przy­szło mi do gło­wy, że sko­ro książ­ki to tak istot­ny ele­ment moje­go życia, być może prze­my­cę ich wię­cej we wpi­sach na blo­gu. Tak powstał pomysł na nowy, luź­no-dys­ku­syj­ny cykl o książ­kach.

Nie będą to ani recen­zje (bo tych pisać szcze­rze nie umiem), ani lite­rac­kie deba­ty, ani w ogó­le nic, co da się jakoś sen­sow­nie zakla­sy­fi­ko­wać, a raczej luź­ne reflek­sje lub wra­że­nia z czy­ta­nych tek­stów, o któ­rych być może będzie­cie chcie­li ze mną pody­sku­to­wać.


Dostałam nowe zlecenie akurat w momencie, gdy powiedziałam definitywne “papa” freelanserce

*Wes­tchnie­nie*
Fre­elan­cing jest total­nie nie dla mnie.
Lubię ruty­nę, lubię podział na pra­cę i życie, nie umiem w work-life balan­ce, a świa­do­mość, że mam umo­wę o pra­cę, na pod­sta­wie któ­rej ktoś mi musi za moją robo­tę mie­siąc w mie­siąc słać te same pie­nią­dze, w takich naj­gor­szych chwi­lach jest pokrze­pia­ją­ca.

Brzmię jak nudzia­ra? Być może. Ale przy ostat­nim rachun­ku sumie­nia usta­li­łam ze sobą, że moje naj­waż­niej­sze war­to­ści to wewnętrz­ny spo­kój i poczu­cie bez­pie­czeń­stwa.
Dosyć mam emo­cjo­nal­nej szar­pa­ni­ny i roz­trzą­sa­nia comie­sięcz­nych budże­tów.

W lutym defi­ni­tyw­nie posta­no­wi­łam wypi­sać się z bycia wol­nym strzel­cem i poszu­kać sobie sta­łe­go miej­sca pra­cy u boku przy­zwo­ite­go sze­fa i inspi­ru­ją­cych ludzi.

A potem dosta­łam pro­po­zy­cję dłu­go­fa­lo­we­go zle­ce­nia, na któ­re się zgo­dzi­łam.


Obejrzałam wreszcie Przyjaciół

…o czym wie już chy­ba cały Inter­net, bo od ponad dwóch tygo­dni o niczym innym nie traj­ko­czę.

Tak cał­kiem szcze­rze, to nie mam słów, żeby opi­sać sze­ro­ko rozu­mia­ny i odczu­wa­ny zachwyt nad tym seria­lem.

Naj­częst­szym pyta­niem, jakie poja­wia­ło się przy oka­zji moich spa­mer­skich wrzu­tek o wra­że­niach z seria­lu, było “jak mogłaś tego wcze­śniej nie oglą­dać???

Napraw­dę nie wiem jak.
Ale chy­ba tak, że jak już sto lat temu doj­rza­łam do decy­zji, by odpa­lić Przy­ja­ciół, w tele­wi­zo­rze lecia­ły ostat­nie sezo­ny, z któ­rych za wie­le nie rozu­mia­łam, bo nie wie­dzia­łam kto, co, gdzie, jak, z kim, kie­dy, po co, na co, dla­cze­go i how you doin’?

Nie rozu­mia­łam żar­tów sytu­acyj­nych, nie zna­łam cha­rak­te­rów posta­ci, ich wspól­nej histo­rii i otocz­ki, wokół któ­rej to wszyst­ko się dzia­ło.

Cie­szę się jed­nak jak głu­pia, że zro­bi­łam w lutym uży­tek z dar­mo­we­go mie­sią­ca w Net­flik­sie i pozna­łam histo­rię Przy­ja­ciół od ich naj­lep­szych począt­ków.

Były takie odcin­ki, przy któ­rych poważ­nie roz­wa­ża­łam, czy moż­na umrzeć ze śmie­chu, bo nigdy do koń­ca nie wie­dzia­łam, czy to jesz­cze śmiech, czy to już hiper­wen­ty­la­cja.

Teraz mam Syn­drom Stre­su Pofriend­so­we­go i zasta­na­wiam się, czy ist­nie­je w ogó­le jakieś życie po Przy­ja­cio­łach.


Więcej grzechów nie pamiętam, niczego nie żałuję.

Luty, byłeś dobrym mie­sią­cem.
A ty, Mar­cu, weź bądź dla nas mie­sią­cem cudow­nym <3