więcej grzechów nie pamiętam, czyli podsumowanie świata całego

Jacyś mili ludzie (czy­li wy) piszą do mnie, że tęsk­nią za moimi Insta-Rela­cja­mi i inny­mi wypo­ci­na­mi. I wie­cie, z jed­nej stro­ny to jest prze­okrop­nie miłe, takie miłe, że gdy­by nie mój aktu­al­ny stan bycia, to hafto­wa­ła­bym w Waszą stro­nę tęczą i jednorożcami, ale z dru­giej czu­ję się skrę­po­wa­na i spo­łecz­nie zobli­go­wa­na do dostar­cze­nia Wam jakie­goś zacne­go i war­te­go Wasze­go cen­ne­go cza­su i uwa­gi mate­ria­łu.

To poważ­na roz­ter­ka, bo war­to­ści w moim życiu jest ostat­nio nie­wie­le.

Więk­szość z Was już wie, że mam nową, absor­bu­ją­cą mój łepe­tyn pra­cę. Wie­cie też, że w tej mate­rii nie lubię wda­wać się w szcze­gó­ły i opo­wia­dać, czym kon­kret­nie się zaj­mu­ję. Już i tak pio­rę swo­je bru­dy na cały inter­net; zacho­wam cho­ciaż ten frag­ment pry­wat­no­ści.

Wszyst­ko idzie zgod­nie z pla­nem, któ­ry od sasa do lasa aktu­ali­zu­ję, ale to już kla­syk, że wszyst­ko, co idzie zgod­nie z pla­nem, musi zostać poprze­dzo­ne jakimś pier­dol­nię­ciem.

Jak­by wszech­świat mówił mi — ok, sko­ro masz takie śmia­łe marze­nia, a ja ci je speł­niam, to żeby rów­no­wa­ga w przy­ro­dzie była zacho­wa­na, speł­nia­jąc je, TROCHĘ sobie pocier­pisz.

Nie ogar­niam tego. W żad­nych porad­ni­kach o życiu o tym nie piszą. Porad­ni­ki są tak samo zero­je­dyn­ko­we jak ja — zaje­bio­za albo chu­jo­za — wybie­raj, nie licz na nic pomię­dzy.

A ponie­waż jestem zero­je­dyn­ko­wa i nie potra­fię dzie­lić ener­gii na wię­cej niż Jed­ną Rzecz (przez duże, wibru­ją­ce RRR), w ostat­nim cza­sie pra­wie mnie tu nie ma. Ani wła­ści­wie nigdzie.

Jest pra­ca, więc nie ma pisa­nia, nie ma ryso­wa­nia, nie ma uku­le­lo­wa­nia, nawet bul­let jour­nal świe­ci pust­ka­mi, bo w pra­cy notat­ki robię tak cha­otycz­ne, że szko­da by mi było prze­zna­czać na nie ultra dro­gi, fan­cy dizaj­ner­ski notat­nik.

Nie ma medy­to­wa­nia, nie ma jogo­wa­nia, nie ma żar­cia, któ­re doda­je mi sił albo cho­ciaż otu­chy. Jest tyl­ko to, co zła­pię w locie i połknę jed­nym połknię­ciem.

U mnie bar­dzo łatwo o emo­cjo­nal­ną roz­syp­kę. Nie dla­te­go, że jestem taka wraż­li­wa, cier­pią­ca, udrę­czo­na neu­ro­tycz­ka, męczen­ni­ca, oj-oj, tyl­ko dla­te­go, że do spraw­ne­go funk­cjo­no­wa­nia nie­zbęd­na mi jest moja pry­wat­na, od A do Z prze­my­śla­na i wypra­co­wa­na RUTYNA. Niech mi się tyl­ko z tej ruty­ny coś wygle­bie w cią­gu dnia i jest kapli­ca. Nie wiem, co ze sobą począć na tym ziem­skim pado­le.

I teraz też nie wiem, bo swo­ją ruty­nę, chcąc nie chcąc, poszar­pa­łam na strzę­py. I muszę sobie wymy­ślić jakąś nową. Posa­dzić raz jesz­cze kwia­ty w ogród­ku. Wie­dzieć, że po powro­cie do domu cze­ka na mnie zie­mia, w któ­rej mogę się po swo­je­mu uba­brać.

Polu­bi­łam powro­ty do domu. Roz­dział wcze­śniej były mi obo­jęt­ne. Wra­ca­łam z myśla­mi, że czas się wyrwać z letar­gu, w któ­rym naj­więk­szą roz­ryw­ką są zaku­py w Bie­dron­ce.

Och, co to był za spek­takl! Im dłuż­sza kolej­ka, tym lepiej. Każ­dy tył ludz­kiej gło­wy opo­wia­dał mi inną histo­rię. Podob­nie jak znie­sma­cze­nie na twa­rzach kasje­rek i ich wiecz­nie roz­cza­ro­wa­ne dzńd­bry.

Ja się paniom nie dzi­wię, sza­now­ne panie. Mam ocho­tę tak samo.

Rów­no­wa­ga zosta­ła jed­nak przy­wró­co­na. Teraz o domu myślę w samych super­la­ty­wach, jak­by resz­ta świa­ta była lawą, przed któ­rą nale­ży czem prę­dzej spier­la­la­la­la.

Naj­bar­dziej mi żal ksią­żek.

Wra­cam do domu peł­na wra­żeń przy dobrych wia­trach koło 20:00, przy złych w oko­li­cach pół­no­cy — bo zyg­za­kiem: a to zaha­czę tu, a to tam, a to zro­bię jesz­cze tam­to — i zaraz spod prysz­ni­ca czła­pię kula­wo do łóż­ka, marząc o cudzych sło­wach.

Nie­ste­ty, czyt­nik uru­cha­mia się o kil­ka­dzie­siąt sekund za dłu­go, bo mniej wię­cej w poło­wie zda­nia “dzi­siaj na popra­wę humo­ru poczy­tam tro­chę mojej Vir­gi…”, gło­wa prze­chy­la się w lewo, a z nosa wydo­by­wa się pierw­sze chrap­nię­cie.

Wczo­raj odkry­łam, że naj­bar­dziej dener­wu­ją mnie ludzie, któ­rzy lepiej ode mnie wie­dzą, jak mam sobie pora­dzić w tej czy innej sytu­acji.
Nie mają peł­ne­go obra­zu, tyl­ko led­wie kon­tekst, któ­re­go uprzej­mie wysłu­cha­li jed­nym uchem i wyda­ją prze­są­dza­ją­ce spra­wę dys­po­zy­cje: “powin­naś zro­bić tak!” “powiedz to i to i będzie po spra­wie!” “co ty opo­wia­dasz, oczy­wi­ście, że możesz to zro­bić, oczy­wi­ście, że możesz się tak zacho­wać, nie daj sobie, nie rób, nie pozwól, nie dopuść…”.

Zro­zu­mia­łam to tym dotkli­wiej, gdy uświa­do­mi­łam sobie, że nie­jed­no­krot­nie sama tak robię. Ktoś mi się zwie­rza, a ja, zamiast pozwo­lić mu mówić i mówić i mówić, oczysz­czać się, tonąć w tym, co tak cho­ler­nie go tra­pi, prze­ry­wam mu w pół opo­wie­ści i rzu­cam zło­ty­mi rada­mi, jak się natych­miast wyrwać z tej tok­sycz­nej sytu­acji.

Jeden z moich ulu­bio­nych bud­dyj­skich nauczy­cie­li, Thich Nhat Hanh, powie­dział kie­dyś coś bar­dzo cen­ne­go: gdy czło­wiek przy­cho­dzi do cie­bie z pro­ble­mem, pozwól mu mówić. Wejdź na wyży­ny swo­jej empa­tii i słu­chaj. A gdy skoń­czy opo­wia­dać, nie dawaj mu żad­nych rad, nie suge­ruj mu żad­nych roz­wią­zań, nie pró­buj mu pomóc, chy­ba że wyraź­nie cię o to popro­si. Słu­chaj. Naj­czę­ściej tyl­ko to napraw­dę może mu pomóc.

Wpis dedy­ku­ję mojej ulu­bio­nej Esme­ral­dzie Elwi­rze, któ­ra wła­ści­wie z dnia na dzień spa­ko­wa­ła się i ruszy­ła przed sie­bie zacząć od nowa życie. Bar­dzo podzi­wiam takich ludzi i marzę po cichu, że kie­dyś też tak będę umieć.