więcej grzechów nie pamiętam, czyli podsumowanie marca

A tak się na ten marzec cie­szy­łam! Tak ocze­ki­wa­łam, tak zachwy­ca­łam, tak wzru­sza­łam. Że wio­sna, że nowe, że porząd­ki w życiu i w gło­wie. Tym­cza­sem dzi­siaj jed­ną ręką roz­ma­zu­ję sobie na twa­rzy maska­rę, a dru­gą ście­ram z nosa smar­ki roz­ter­ko­we.

Woj­tek na mnie krzy­czy ese­me­sa­mi „nie wkur­wiaj mnie pro­szę, dzia­łaj”, a ja zamiast dzia­łać — krę­cę gło­wą, że jestem na to zbyt spa­ra­li­żo­wa­na. Ale to waż­ne sło­wa, bo mi nimi uświa­da­mia, że gdzieś w tym całym two­rze „dla nas” zgu­bi­łam moment „dla sie­bie”. Do prze­my­śle­nia, Lena.

Przej­dę może do pod­su­mo­wań mniej spek­ta­ku­lar­nych.

Uporałam się z tetralogią „Genialnej przyjaciółki” Ferrante

Tyle się o niej naczy­ta­łam i nasłu­cha­łam, że posta­no­wi­łam na wła­sne oczy prze­ko­nać się, o co tyle szu­mu i jedy­ne, co w tych książ­kach podzi­wiam to fakt, że zawłasz­czy­ły mnie sobie do ostat­niej liter­ki, cho­ciaż śred­nio co stro­nę mia­łam ocho­tę wyrzu­cić czyt­nik przez okno.
Pod­lin­ko­wa­ła­bym Wam wpis z recen­zją, ale go ska­so­wa­łam, tak jak mnó­stwo innych tek­stów tutaj (ponad czter­dzie­ści, ola­bo­ga), poza tym nicze­go nie muszę pod­lin­ko­wy­wać, żeby skon­sta­to­wać, że nie było war­to i niko­mu tej serii nie pole­cam.

Moja simka musiała polecieć do Paryża, bo skończyły jej się zapasy wina

O takie pro­ble­my nic nie robi­ła, a mnie zain­spi­ro­wa­ła, by w przy­szło­ści móc się nie­po­ko­ić wyłącz­nie tego rodza­ju arma­ged­do­na­mi.

Pozwoliłam sobie na pisanie jak chcę, a nie jak myślę, że muszę

Czy­li pew­ne­go dnia Dasza powie­dzia­ła mi: „kur­wa mać, a pisz jak chcesz!”.
I tak to się wszyst­ko zaczę­ło.
A potem napi­sa­łam 6 postów na blo­ga, z cze­go ani jeden nie nada­wał się do publi­ka­cji, dla­te­go dzi­siaj publi­ku­ję wszyst­kie po kolei z ogrom­ną satys­fak­cją.
Nie dla­te­go, że mam coś do powie­dze­nia, tyl­ko wła­śnie dla­te­go, że w zasa­dzie nie mam. Nie rozu­mie­cie? Ależ, co z tego. Jesz­cze się taki nie uro­dził, co by musiał pisać blo­ga pod klucz maso­we­go zro­zu­mie­nia.

Pierwszy raz od siedmiu lat bałam się o mojego kota

Strasz­ne to było dla­te­go, że mój kot-oszu­ka­li­sta jak dotąd dawał mi do zro­zu­mie­nia, że jest nie­śmier­tel­ny i prze­ży­je wszyst­kie poko­le­nia mojej rodzi­ny, nawet tej z Sim­sów. Dzi­siaj już z nim dobrze i tego „dobrze” pla­nu­ję się trzy­mać przez naj­bliż­sze naście albo dzie­siąt lat. Mam nadzie­ję, że kot też.

Znalazłam wtyczkę WP, która odmieniła moje estetyczne życie

To wtycz­ka do ład­ne­go justo­wa­nia tek­stów.
Nie umiem żyć bez justo­wa­nia, nawet jeśli w inter­ne­tach to grzech śmier­tel­ny.
Od jakie­goś cza­su bory­ka­łam się z dyle­ma­tem „czy­tel­ność czy syme­tria” i już-już pra­wie prze­chy­li­łam się w stro­nę czy­tel­no­ści, ale po całym dniu obgry­za­nia pal­ców powró­ci­ła nie­wol­ni­ca syme­trii i para­no­ja, że ja tak nie wytrzy­mię. Za nie­wol­ni­cą syme­trii powró­ci­ły wyju­sto­wa­ne tre­ści i ból dupy, że np. na smart­fo­nach dziu­ry mię­dzy sło­wa­mi wyglą­da­ją fatal­nie.

Na szczę­ście z nie­ba spa­dła mi rze­czo­na wtycz­ka i teraz bez wyrzu­tów sumie­nia na widok justy­nią­tek mogę piać z zachwy­tu. I już mi w ogó­le nie prze­szka­dza, że i tak skoń­czę w pie­kle.

Umrę z głodu, ale szczęśliwa

Czy­li 1,5 roku temu obie­ca­łam sobie, że sko­ro zwią­za­łam się na 2 lata abo­na­men­tem z Legi­mi, do koń­ca umo­wy nie kupię ani jed­nej papie­ro­wej książ­ki. Na ostat­niej pro­stej nogi zapro­wa­dzi­ły mnie do taniej księ­gar­ni, z któ­rej pozba­wio­na zdro­we­go roz­sąd­ku wytar­ga­łam Księ­gę szep­tów i Wyspę. Umrę z gło­du, ale szczę­śli­wa.

(Teraz, żeby zaspo­ko­ić tę lite­rac­ką wyrwę w żebrach, oszu­ku­ję swo­ją gło­wę w ten spo­sób, że każ­dą książ­kę na czyt­ni­ku czytam…inną czcion­ką. Co cie­ka­we — to oszu­stwo dzia­ła i w 1/100 rekom­pen­su­je mi tęsk­no­tę za fizycz­ną książ­ką.)

Jak cho­dzi o prze­czy­ta­ne książ­ki, to po serii Fer­ran­te mia­łam szczę­ście czy­tać już tyl­ko wybit­ne pereł­ki:

Gran­dho­tel — rzecz kru­cha i pięk­na, o któ­rej cokol­wiek nie napi­szę, i tak będzie nie­wy­star­cza­ją­co pochleb­ne.

Wilk ste­po­wy — zewsząd mi go pole­ca­no, bo mnie zaszu­flad­ko­wa­no do sze­ro­ko wiel­bią­ce­go lite­rac­ką dzi­czę wil­ka. To miłe nawet, cho­ciaż nie zawsze zasad­ne. Z Wil­kiem ste­po­wym gry­złam się bowiem wie­lo­krot­nie i do teraz nie mogę ze sobą usta­lić, czy była to wal­ka raczej trud­na czy raczej satys­fak­cjo­nu­ją­ca. A może jed­no i dru­gie?

Myśl to for­ma odczu­wa­nia — poru­szy­ła mi na wie­lu płasz­czy­znach sza­re komór­ki i okrop­nie jej za to jestem wdzięcz­na; potrze­bo­wa­łam chy­ba kogoś, kto potwier­dzi, że coś­tam jed­nak mam w tej gło­wie.

Rze­czy, któ­rych nie wyrzu­ci­łem — krót­ka ksią­żecz­ka do wzru­sze­nia na jed­ną noc. To zna­czy wzru­szać moż­na się dłu­żej. Ze mnie przy koń­ców­ce wycie­kła jed­na łez­ka, co było zasko­cze­niem, bo na co dzień jestem zim­na ryba i pła­czę wyłącz­nie na sce­nie śmier­ci Syriu­sza z Har­re­go Pot­te­ra. A i to głów­nie z sen­ty­men­tu.

Wró­że­nie z wnętrz­no­ści — cudow­na, mrocz­na, nie­oczy­wi­sta, oni­rycz­na. Hip­no­ty­zu­je, wpra­wia w trans i każe zary­wać noce oraz budzić kole­gów „po wir­tu­al­nym pió­rze”, by rzu­ci­li wszyst­ko i czy­ta­li razem ze mną, bo samej jakoś głu­pio.

Księ­ga szep­tów — zachwy­ca, cho­ciaż żad­nej książ­ki dotąd nie czy­ta­łam tak powo­li. Czy­ta się to, jak­by sło­wa trze­ba było pal­ca­mi wydłu­by­wać z gli­ny. I po każ­dym zda­niu jest satys­fak­cja, że się je wydłu­ba­ło, że wyskro­ba­ło się z nich wszyst­kie moż­li­we zna­cze­nia, choć tak napraw­dę ile razy nie prze­czy­tasz, tyle nowych zna­czeń wyskro­biesz, a wła­ści­wie tyl­ko to jed­no: że trze­ba pamię­tać. Okrut­na baśń dla doro­słych. Taki bym dała pod­ty­tuł.

W tema­cie ksią­żek zakoń­czę pole­ce­niem nie­daw­no wzno­wio­ne­go cyklu na Para­pe­cie Lite­rac­kim — o niszo­wych wydaw­nic­twach. War­to, bar­dzo war­to. Jed­ne­go dnia prze­czy­ta­łam wszyst­kie wpi­sy z cyklu i wrzu­ci­łam do wir­tu­al­ne­go koszy­ka mnó­stwo ksią­żek, ale potem zła­ma­łam sobie ser­ce rozu­mem i posta­no­wi­łam z zaku­pa­mi zacze­kać na lep­sze, bogat­sze cza­sy.

Kto gar­dzi lite­rac­kim mejn­stri­mem, ten w cyklu Oli z punk­tu się zako­cha.
I tego Wam wszyst­kim na koniec mie­sią­ca życzę.