więcej grzechów nie pamiętam, czyli podsumowanie kwietnia

Kwie­cień był prze­ło­mo­wy, bo utwier­dzi­łam się w prze­ko­na­niu, że żeby dobrze zarzą­dzać swo­im życiem, wystar­czy dobrze zarzą­dzać swo­imi myśla­mi i samo­po­czu­ciem. O ile brzmi to jak tani szit, o tyle dzia­ła tak spek­ta­ku­lar­nie, że powin­no być prze­pi­sy­wa­ne na scho­rze­nia zarów­no gło­wy, jak i cia­ła. Wię­cej na ten temat nie powiem, bo uzna­cie, że gadam jak potłu­czo­na i ode­śle­cie mnie na egzor­cy­zmy i zdro­waś­ki do ojca Rydzy­ka.
Już ja Was znam.

Cia­chłam wło­sy, że tak sobie pozwo­lę użyć meta­fo­ry, przy samej dupie. Czy­li gdy pró­bu­jesz być swo­im wła­snym fry­zje­rem, to ist­nie­je ryzy­ko, że przy pod­ci­na­niu koń­có­wek ręka jakoś tak ci się omsknie i chla­śnie o 10 cm za dużo. To się zda­rza nagmin­nie. Nie trze­ba wte­dy jakoś bar­dzo pani­ko­wać, ale moż­na z pła­czem zgło­sić się do swo­je­go real­ne­go fry­zje­ra i usły­szeć od nie­go na pocie­sze­nie, że „tak napraw­dę naj­bar­dziej kocham fry­zu­ry z rąk samych klien­tek. Są takie…nietuzinkowe”. Tym spo­so­bem, z pomo­cą wła­snych noży­czek i pal­ców, z Leny Wade­ry prze­isto­czy­łam się w Lenę Nie­tu­zin­ko­wą.

Zro­bi­łam trzy tabli­ce marzeń i zamiast moty­wo­wać się nimi do dzia­ła­nia, to cały­mi dnia­mi sie­dzę i w nie­mym zachwy­cie się w nie wga­piam.
Jest tam mię­dzy inny­mi o tym, że śmie­ję się do roz­pu­ku z moimi przy­ja­ciół­mi, spa­ce­ru­ję błę­ki­tem Gre­cji, odtań­czam jogę nad oce­anicz­ną pla­żą, miesz­kam w mini­ma­li­stycz­nych, przy­tul­nych prze­strze­niach, zaczy­tu­jąc się we wspa­nia­ło­ściach na fan­cy szez­lon­gach, mam swój szczę­śli­wy biz­nes (nie powiem jaki, bo się boję, że mi go ktoś pod­pie­przy, taki jest dobry!)…i tak dalej, i tak dalej.

W kwiet­niu nie prze­czy­ta­łam w cało­ści ani jed­nej książ­ki (sic, porów­naj marzec), bo tak byłam zaję­ta ogar­nia­niem śmiet­ni­ka w swo­jej gło­wie (dnia­mi i noca­mi, lite­ral­nie), że na nic wię­cej tego cza­su nie star­czy­ło.
Cho­ciaż nie prze­czy­ta­łam żad­nej książ­ki w cało­ści, to zaczę­łam się zachwy­cać kil­ko­ma na raz. To moja naj­więk­sza wada. Im wię­cej ksią­żek zaczy­nam rów­no­cze­śnie czy­tać, tym mniej­sza szan­sa, że któ­rą­kol­wiek z nich rze­czy­wi­ście doczy­tam. Nie umiem tak z dosko­ku, żon­gler­ką. Muszę w czy­ichś sło­wach zato­nąć zupeł­nie, żeby móc czy­ta­ną histo­rię doce­nić.

Oprócz tego w Bie­dron­ce wyha­czy­łam pięk­ny kom­plet dwóch powie­ści Jac­ka Lon­do­na (Bia­ły kieł, Zew krwi) za nie­ca­łe 25 zł. Po tym, jak wyza­chwy­ca­łam się swo­ją zdo­by­czą na IG Sto­ries, pobie­głam do Bie­dry zgar­nąć ostat­ni kom­plet Małych kobie­tek i Małej księż­nicz­ki.
Pro­szę mnie nie oce­niać. Kie­dyś zbu­du­ję z ksią­żek for­te­cę i w niej zamiesz­kam. Mój fan­cy szez­long będzie w cało­ści wyko­na­ny z mate­ria­łów eko­lo­gicz­nych, żeby cho­ciaż w mini­mal­nym stop­niu zre­kom­pen­so­wać moją książ­ko­wą sto­pę życia tym wszyst­kim zmar­łym drze­wom.

Oto, czym sobie teraz czy­tel­ni­czo żon­glu­ję:

- Jak prze­sta­łem kochać design (wspa­nia­ła)
W ciem­ność (no wspa­nia­ła)
Stu­le­cie (no wspa­nia­ła)
Bia­ły kieł (ależ wspa­nia­ła)
Księ­ga zachwy­tów (no zachwy­ca­ją­ca)

A przede wszyst­kim Księ­ga szep­tów, któ­rą sma­ku­ję opusz­ka­mi pal­ców i czy­tam z inten­cją, żebym nigdy nie musia­ła prze­sta­wać jej czy­tać. Dzia­dek Gara­bet przy­wo­dzi mi na myśl moje­go dziad­ka Kazi­ka. To pew­nie to.

Dosta­łam zapro­sze­nie na SeeBlog­gers. Ale Ruu naopo­wia­da­ła mi o festi­wa­lu takich strasz­no­ści, że teraz nie wiem, czy się cie­szyć, że jadę, czy się nie cie­szyć, że jadę, czy w ogó­le nie jechać.
Tyl­ko że to jest w Łodzi i ja się lękam, że to taki prze­wrot­ny sygnał od Wszech­świa­ta, że oto naj­wyż­sza pora zebrać dupę w tro­ki i odwie­dzić ul. Ogro­do­wą, na któ­rej osiem lat temu zamiesz­kał mój zmar­ły.

Dałam kil­ka zło­tych rad potrze­bu­ją­cym ludziom i, co naj­cie­kaw­sze, do nie­któ­rych z nich sama w koń­cu się zasto­so­wa­łam! Abso­lut­ny pre­ce­dens. Zazwy­czaj po pro­stu mówię ludziom, jak naj­le­piej żyć, a potem zwi­jam się w kłę­bek i cze­kam w łóż­ku, aż ktoś moje życie prze­ży­je za mnie.

Kwiet­niu, choć nie wyglą­dasz, byłeś mie­sią­cem prze­ło­mo­wym.
Maju, weź bądź dla nas Petar­dą.

ZapiszZapisz