więc mówisz, że jesteś copywriterem?

jesteś copywriterem

Do dzi­siaj pamię­tam zdzi­wie­nie moje­go kum­pla, gdy wytłu­ma­czy­łam mu, że w gigan­tycz­nym skró­cie copyw­ri­ter pisze tek­sty pod sprze­daż. On myślał, że wyszu­ku­je jakieś frag­men­ty tek­stów w inter­ne­cie, kopiu­je je, skle­ja, et voilà — nowy tekst goto­wy! Cza­icie? Copy-wri­ter. Przy­się­gam, że tak myślał…

W obrę­bie mło­dej blo­gos­fe­ry tra­fiam ostat­nio na nie­po­ko­ją­cą ten­den­cję: każ­dy świe­żak mia­nu­je się zaszczyt­nym mia­nem copyw­ri­te­ra. Czy­li zro­bi­ła się z tego moda.

Kie­dy ja wcho­dzi­łam do tego świat­ka kil­ka lat temu i nikt nawet nie wie­dział, czym copyw­ri­ter się zaj­mu­je, teraz samo­zwań­czym copy jest każ­dy, kto posia­da mini­mal­ne zdol­no­ści do popeł­nie­nia zda­nia wie­lo­krot­nie zło­żo­ne­go i mak­sy­mal­nie wybu­ja­łe ego.

Dla mnie to tro­chę nie tak.
Cho­ciaż bawię się copyw­ri­tin­giem kil­ka lat, dopie­ro w ostat­nich tygo­dniach na pyta­nie, czym się zaj­mu­ję, odpo­wia­dam pra­wie szep­tem, że pró­bu­ję być copyw­ri­te­rem. Bo nie czu­ję się jesz­cze pro-copy. Co naj­wy­żej poczwar­ka-copy.

Mam za sobą kil­ka dobrych zle­ceń, któ­re powin­ny dodać mi skrzy­deł, ale wciąż nie czu­ję, jak­bym swo­imi tek­sta­mi była w sta­nie zba­wić świat rekla­my.

Dru­ga spra­wa jest taka, że śred­nio mi się podo­ba, jak do copyw­ri­te­rów pod­cho­dzą nie­któ­rzy gra­fi­cy. Mają ich bowiem za ucznia­ków, któ­rzy coś­tam piszą, pod­czas gdy oni two­rzą dzie­ła sztu­ki, któ­re prze­trwa­ją wszyst­ko i zbu­du­ją im pomnik trwal­szy niż ze spi­żu.
Myślą, że sko­ro ktoś umie pisać, to stwo­rze­nie tek­stu, haseł­ka, nazwy itd. jest dla nie­go chwi­lą robo­ty.

Oesu, jak ja bym chcia­ła, żeby tak było!
Okrut­na praw­da jest jed­nak taka, że im coś lepiej i łatwiej się czy­ta, im przy­jem­niej śli­zga się po sło­wach, im na dłu­żej coś zosta­je potem w gło­wie — tym praw­do­po­dob­nie cię­żej było to napi­sać.

W tek­ście wszyst­ko musi się zga­dzać. Wszyst­kie­go musi być dokład­nie tyle, ile być musi.
A dodat­ko­wo tek­stem copy trze­ba innych mak­sy­mal­nie ocza­ro­wać lub zgrabnie…zmanipulować (to jest ten moment, kie­dy copy zba­wia świat rekla­my).

Bawię się copyw­ri­tin­giem 4/5 lat i nadal nie potra­fię powie­dzieć tego pro­sto z mostu.
Przez gar­dło przej­dzie mi prę­dzej, że jestem jakąś tam dziew­czy­ną, któ­ra obra­ca się wśród słów. Nie wiem, ile jesz­cze musi tych słów upły­nąć, żebym na pyta­nie o to, czym się zaj­mu­ję, bez waha­nia odpar­ła — jestem copyw­ri­te­rem.

Są rze­czy, któ­re robię już z zamknię­ty­mi ocza­mi (bo lubię o sobie raczej myśleć: rze­mieśl­nik. Nie arty­sta).
Są też rze­czy, któ­re sta­no­wią dla mnie gigan­tycz­ne wyzwa­nie i czę­sto nie wiem, od cze­go zacząć.
A są rze­czy, któ­rych tak po pro­stu się nie podej­mu­ję, bo nie lubię robić źle swo­jej robo­ty.

Ostat­nio mia­łam popeł­nić trzy spe­cja­li­stycz­ne arty­ku­ły, total­nie nie z moje­go zakre­su zain­te­re­so­wań. Przez cały czas stu­ka­nia w kla­wia­tu­rę czu­łam się jak dziec­ko we mgle, któ­re oszu­ku­je, bo ani tema­tu nie zna, ani też nie bar­dzo ma go jak poznać.

Efek­tem koń­co­wym byłam roz­cza­ro­wa­na. Widzia­łam tam beł­kot, któ­ry wylazł spod moich pal­ców i pod któ­rym wca­le nie chcę się pod­pi­sy­wać. Nie dla­te­go, że pisa­łam na odpieprz, ale dla­te­go, że to nie była moja brosz­ka i wszyst­kie arty­ku­ły brzmia­ły, jak­by pisa­ły je obce pal­ce.

Co cie­ka­we, zle­ce­nio­daw­ca był zachwy­co­ny.
Stwier­dził, że wspa­nia­le wyczer­pa­łam temat i widać, że jestem fachow­cem w tej dzie­dzi­nie.
Do dzi­siaj czu­ję się jak oszust.

A jak jest z Wami? Czy są na sali copyw­ri­te­rzy?