widziałam wczoraj film, który rozszarpał mi serce

I jesz­cze mi oddech momen­ta­mi spły­cił, i skó­rę obsy­pał drob­ny­mi ciar­ka­mi.
Cie­ka­we to było doświad­cze­nie, bo na mnie nie dzia­ła ludz­ka emo­cja jako taka, tyl­ko ból ukry­ty głę­bo­ko mię­dzy wier­sza­mi. Moż­li­we, że moje sobot­nie odwie­dzi­ny na oddzia­le spo­tę­go­wa­ły te ponu­re wra­że­nia, bo szpi­tal­na rze­czy­wi­stość skła­nia nie­kie­dy do zaawan­so­wa­nych reflek­sji.

Ona jest cha­ry­zma­tycz­ną blon­dyn­ką zdo­bio­ną kolo­ro­wy­mi tatu­aża­mi, on ma dużo wło­sów i wła­sny zespół muzy­ki coun­try. Uczu­cie mię­dzy nimi jest nie­moż­li­wie czy­ste i pięk­ne, tak że na począt­ku nie mamy ocho­ty w nie wie­rzyć. Rodzi im się cór­ka, a potem jej cho­ro­ba wywra­ca ich mały, dosko­na­ły świa­tek do góry noga­mi.

Mikro opis fabu­ły nie zachę­ca mnie do obej­rze­nia tego fil­mu, ale zwia­stun — z któ­re­go abso­lut­nie nic nie wyni­ka — już tak.

Lubię takie migaw­ko­we tra­ile­ry, któ­re oglą­da się jak tele­dysk. A jesz­cze bar­dziej lubię, kie­dy tra­iler jest zapro­sze­niem do wstrzą­sa­ją­cej minia­tu­ry emo­cjo­nal­nej, a nie zlep­kiem naj­lep­szych momen­tów z całe­go fil­mu.
Byłam do nie­go uprze­dzo­na ze wzglę­du na muzycz­ny motyw prze­wod­ni w sty­lu coun­try (chy­ba nie lubię kow­bo­jów), ale potem oka­za­ło się, że ten motyw jest smacz­ny i w cało­ści zja­dli­wy. Na zasa­dzie kon­tra­stu zesta­wia sie­lan­kę życia na far­mie z nie­sie­lan­ko­wy­mi kole­ja­mi losu głów­nych boha­te­rów.

Nadal nie do koń­ca rozu­miem, dla­cze­go histo­ria Eli­se i Didie­ra wywró­ci­ła moje fla­ki na dru­gą stro­nę. Może to ta peł­no­krwi­sta, mini­ma­li­stycz­na gra aktor­sko-muzycz­na. Może to te głu­pie pta­ki, któ­re nie rozu­mie­ją, że nie da się prze­le­cieć przez szkło i koń­czą jako gwiaz­dy roz­świe­tla­ją­ce noc­ne nie­bo. A może po pro­stu nie lubię wido­ku smut­nych blon­dy­nek.

Po sean­sie zadzwo­ni­łam do Kiry­ła, bo nie byłam w sta­nie trzy­mać tych emo­cji w sobie w poje­dyn­kę. Dałam mu ich tro­chę, ale wca­le mi nie ulży­ło. Zabrał cząst­kę mnie w nie­na­zwa­ne miej­sce, któ­re­go nie potra­fię nawet zlo­ka­li­zo­wać. Mam takie nie­ja­sne wra­że­nie, że gdy­bym mogła prze­su­nąć pal­cem po mapie tam, gdzie się znaj­du­je, byli­by­śmy bli­żej sie­bie — w cza­sie i prze­strze­ni. A zamiast tego tyl­ko płacz i zgrzy­ta­nie pochwy, i wiel­kie marze­nie o jego powro­cie, któ­re nigdy się nie ziści.