w poszukiwaniu wytrąconej kobiecości

Wra­ca­łam do domu zyg­za­kiem, nie­pew­nie sta­wia­jąc kro­ki, a w płasz­czu mia­łam źle zapię­ty guzik. Całą dro­gę myśla­łam tyl­ko o tym, że jeśli zaraz nie wybuch­nę pła­czem, to umrę i żad­na siła ludz­ka czy z kosmo­su nie zdo­ła mnie ponow­nie wskrze­sić. Nie byłam smut­na. Nie byłam roz­cza­ro­wa­na. I nic mnie nie bola­ło.

Jak to szło?

a zawsze tak jest, że miłość nie zna swej głę­bi aż do momen­tu roz­sta­nia

Spójrz na mnie, Rod­czen­ko. Trzy­mam gło­wę nisko pochy­lo­ną, a w ślad za nią bie­gną kąci­ki ust.

Może w odzy­ski­wa­niu kon­tro­li nad swo­im świa­tem nie trze­ba wca­le sil­nej woli, a ner­wi­cy natręctw, któ­rą mniej drę­czy kolor zie­lo­ny, ani­że­li czer­wo­ny. Bo widzisz, oka­za­ło się, że:

Po pierw­sze, wię­cej cza­su poza domem gene­ru­je mniej­sze pokła­dy fru­stra­cji. I iry­ta­cji. Ale też samo­tro­ski. Samo­tro­ska to ten tok­sycz­ny rodzaj nad­pro­gra­mo­we­go, niczym nie­uza­sad­nio­ne­go lęku o swo­je ist­nie­nie.

Po dru­gie, piszę do cie­bie tak roz­wle­kle, bo jesteś jedy­nym, któ­re­mu mogę zaufać, że sobie dopi­sze w gło­wie ład­ny ciąg dal­szy każ­dej mojej opo­wie­ści. To jak zaba­wa w ryso­wa­nie, tyle że luź­ne kre­ski zamiast w obraz­ki, łączą się w nasz wspól­ny stru­mień świa­do­mo­ści.

Mogła­bym z tobą pisać kwia­ty w prze­my­śla­nej kom­po­zy­cji. Kro­pić nad „i” cytry­no­we słoń­ca, a liter­ki zawi­jać w fiku­śne ara­be­ski
Po trze­cie, naj­bar­dziej się złosz­czę, kie­dy mnie wyzy­wasz od pie­przo­nych poetek, tyl­ko dla­te­go, że od sasa do lasa uda mi się naskro­bać este­tycz­nie ład­ne i melo­dyj­ne zda­nie.
Po czwar­te, tam­tej nocy, naszej dziw­nej nocy, bie­głam przez żół­te pola nie­na­zwa­nych traw jak obłą­ka­na. Chwa­ła bogu, że szyb­ko odna­la­złam cywi­li­za­cję, bo jesz­cze chwi­la i zaczę­ła­bym wyć do księ­ży­ca w nadziei, że mi oświe­tli dro­gę do naj­bliż­sze­go przy­stan­ku.

Dzwo­ni­łeś do mnie i pró­bo­wa­łeś mi wyja­śnić, czym jest wspo­mnie­nio­wa przy­jaźń. Że to taka oni­rycz­na miłość, albo wręcz na gra­ni­cy jawy i snu, zmien­na, taka dla nasze­go dobra i że w ogó­le to tyl­ko che­micz­ny algo­rytm. Mówi­łeś od rze­czy, bo byłeś pija­ny, a ja dopie­ro pod koniec naszej roz­mo­wy zro­zu­mia­łam, że nie prze­ma­wia przez cie­bie alko­hol tyl­ko szcze­ra tęsk­no­ta. Wte­dy też doko­na­łam pią­te­go i ostat­nie­go na tam­ten czas odkry­cia — że ty też jesteś czło­wie­kiem. I ty też masz uczu­cia.

A jed­nak potrze­ba mi two­ich słów i trze­ba two­jej pamię­ci. Pamię­taj o mnie, dobrze? Może będę się mniej bała, może będę usy­pia­ła spo­koj­niej.

- Poświa­tow­ska, POETKA.