w obronie Wrońskiego — nierecenzja Kareniny

Anna Karenina

Zapa­rzy­łam zie­lo­nej her­ba­ty i przy­po­mnia­łam sobie, że prze­cież Kare­ni­na sfi­na­li­zo­wa­na, powieść + współ­cze­sna ekra­ni­za­cja i kor­ci mnie strasz­nie, żeby napi­sać tu kil­ka cha­otycz­nych wra­żeń.

Ekra­ni­za­cja mia­ła cie­ka­wą, na poły teatral­ną for­mę, a jed­nak mia­łam wra­że­nie, że oglą­dam tyl­ko mar­ny i w dodat­ku kiep­sko pocię­ty tra­iler dosko­na­łej lite­ra­tu­ry.

W dodat­ku z Wroń­skie­go zro­bi­li zwy­czaj­ne­go, pro­stac­kie­go zdraj­cę, a ze zbzi­ko­wa­nej Kare­ni­ny bie­dacz­kę zmu­szo­ną (sic!) do samo­bój­stwa.

Toł­stoj w powie­ści Ankę „uła­ska­wił”. O ile rozu­miem wiel­ko­dusz­ne pogo­dze­nie się z jej „występ­kiem”, o tyle zupeł­nie nie wiem, dla­cze­go w tym wszyst­kim to aku­rat jej przy­pa­dła rola naj­więk­szej pokrzyw­dzo­nej, ofia­ry. To był jej wybór; na wła­sne życze­nie wyrze­kła się swo­jej jedy­nej miło­ści (do syna Sie­rio­ży), zosta­wia­jąc dziec­ko przy ojcu na rzecz roz­chwia­nej miłost­ki do hra­bie­go mło­dzia­ka Wroń­skie­go.

Obwi­nia­ła go za wszyst­kie te swo­je wybo­ry, któ­re uczy­ni­ły ją do szpi­ku nie­szczę­śli­wą. Śred­nio co nano­se­kun­dę — lub raczej nanoz­da­nie w tek­ście — robi­ła mu śmiesz­ne sce­ny zazdro­ści i wyrzu­ca­ła mu, że już jej nie kocha. Cier­pli­wość Wroń­skie­go prze­szła moje naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia. Takie dur­ne bab­sko jak Anka już daw­no puści­ła­bym kan­tem. To świad­czy o mnie fatal­nie, ale ja po pro­stu nie mam ser­ca i lito­ści dla sztucz­nie roz­hi­ste­ry­zo­wa­nych kobiet.

Tro­chę wręcz żału­ję, że Wroń­ski nie został już przy tej poczci­wej Kit­ty. Sza­nu­ję Alek­se­go, że do same­go koń­ca pozo­stał męż­czy­zną i mimo wszyst­ko nie dał się wrzu­cić pod kare­ni­no­wy pan­to­fel (cho­ciaż naj­wy­raź­niej tego się ocze­ki­wa­ło wów­czas od męż­czyzn w tzw. związ­kach).
Trzy­mał to wszyst­ko w ryzach (może ze wzglę­du na cór­kę?) i speł­niał wszyst­kie zachcian­ki-Anki, a jed­no­cze­śnie zacho­wał w tym jakiś przy­zwo­ity umiar i — co naj­waż­niej­sze — swo­ją prze­strzeń.

Inne wąt­ki nie­szcze­gól­nie mnie inte­re­so­wa­ły (Kit­ty i Lewin uro­czo pociesz­ni, umi­la­li mi tę nie­wąt­pli­wie har­le­ki­now­ską prze­mia­nę głów­nej boha­ter­ki), cho­ciaż wszyst­ko czy­ta­ło mi się zacnie i nie­mal z zapar­tym tchem.

Naj­więk­szą chy­ba wadą ekra­ni­za­cji były obra­zy, któ­re dla osób nie­za­zna­jo­mio­nych z lek­tu­rą mogły być zupeł­nie nie­ja­sne, cha­otycz­ne wręcz, przy­pad­ko­we. Nie­kie­dy sama zasta­na­wia­łam się, gdzież­my to teraz w fabu­le jeste­śmy. Kirył­ło­wicz Wroń­ski sam w sobie jed­nak zacny! Miło było cie­szyć nim moje nie­wie­ście oko…

Wilk skon­sta­to­wał, że sła­be to było poko­le­nie — na wszyst­kie egzy­sten­cjal­ne roz­ter­ki jed­ną tyl­ko mie­li odpo­wiedź — samo­bój­czą śmierć.
I tutaj wypa­da przy­znać mu rację.

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz