uderz w internety, a hejterzy się odezwą

Kilka tygodni temu na Spotted: Kraków zawisło ogłoszenie do pięknej płaczącej dziewczyny, żeby „nie przejmowała się tym gnojem, bo najwyraźniej nie jest jej wart i ja bym nigdy nie pozwolił ci płakać !!!!1jeden”. Naturalnie po kilku minutach posypała się lawina hejtów, że co to ma być.

Że skąd pewność, że to wina gnoja. Że może to ona zajebała i teraz stęka. I że w ogóle nie zamierzam się nad nią litować, bo na pewno coś zapierdoliła i niech sobie beczy – zasłużyła. I że stary, od kiedy płacząca dziewczyna jest piękna? Płacząca dziewczyna wygląda jak panda, która przesadziła z leśnym turlikaniem i przy lądowaniu zahaczyła ryjem o wystające drzewo. Hehehe. Płaczącą dziewczynę łatwiej zaruchać, bo ci we wszystko uwierzy, więc jesteś pizda, że próbujesz ją pocieszać na Spotted, a nie na tylnym siedzeniu swojego samochodu.

I tak dalej.

Ale skąd pewność, że ktokolwiek zawinił? Bo może to ani wina gnoja, ani pięknej płaczącej dziewczyny.

Może poszła tam, bo umarł jej dziadek i nie miała się gdzie podziać. Albo dostała okres i wyje do Matki Natury z wyrzutem, że nie mogła być aż takim niegodziwcem w poprzednim wcieleniu, żeby w tym urodzić się kobietą. Albo dowiedziała się, że jest w ciąży i i jeszcze nie wie, w jakiej kategorii to rozpatrywać; wygryw? przegryw? bez profitu? A może chciała jechać nad morze, ale hajsów starczy jej najwyżej na wycieczkę w Bieszczady i z powrotem.
Może jest kujonicą i dostała tylko cztery plus za wypracowanie z historii o Mieszku I. Może znowu kogoś zaśtukali w Grze o Tron. Może nie załapała się na 49% promocję w Rossmanie i w cenie dwóch podkładów miała tylko jeden.

Może nikt jej jeszcze nie powiedział, że nie lubi się smutnych dziewczynek. Może płacze, bo nie wie jak żyć. A może wie, ale już się jej nie chce. A może żadne z powyższych?

Tylko co nam przyjdzie z tego możowania? Płakać powinno się w spokoju, tylko wtedy ma się z tego radość (czy jakoś tak).*

Ja tam mam nadzieję, że się pogodziła z gnojem, a on jej na przeprosiny wybudował przeszklony domek na plaży, w którym razem zamieszkali. Że w maleńkim saloniku nad kominkiem wisi portret dziadka z wąsem, który puszcza jej zalotnie oczko i szczerzy się w łobuzerskim uśmieszku. Że urodziła pulchniutkiego, pociesznego berbecia i z czasem nawet go polubiła. Że pojechała na długą wycieczkę dookoła świata i zdecydowała się rzucić studia jeszcze zanim je w ogóle zaczęła. Że Gra o Tron skończy się happy endem (hehehe). Że poweselała i nawet jeśli umiera – to ze śmiechu. Że  znowu chce jej się żyć. Sinusoidalnie, ale po swojemu.

Chociaż tak na dobrą sprawę mam to gdzieś. Jeśli jej przepis na szczęście zamyka się w kolorowych drinkach oferowanych przez spotted-chojraków, którzy sprytnie lawirują czułymi słówkami i maślanymi oczkami, by zaciągnąć ją na tylne siedzenie swojego fiata, to też okej. Dopóki nie płacze drogą maskarą na moją białą koszulę.


*Z półki z książkami zerka na mnie wyniośle Virginia Woolf, nieśmiało przytulona do jej ukochanego Dostojewskiego, a ja cytuję S@motność w sieci. To się nazywa dobry powód do rozpaczy.