uciec, ale donikąd

Sie­dzę przy otwar­tym oknie, za któ­rym jak na miej­ską sce­ne­rię widać napraw­dę spo­ro zie­le­ni. Zwi­nię­ta w koc z wize­run­kiem wil­ka, któ­ry dosta­łam na uro­dzi­ny od przy­ja­cie­la, stu­kam w kla­wia­tu­rę kom­pu­te­ra. Dooko­ła mnie niczym nie­zmą­co­na cisza. Tyl­ko kot pomru­ku­je zado­wo­lo­ny, wygrze­wa­jąc się na moich kola­nach. Wszyst­ko jest dzi­siaj kadrem z fil­mu, któ­ry w chłod­ny wie­czór zapew­ne chcia­ła­bym obej­rzeć.


Znaj­du­ję się w miej­scu, w któ­rym chcia­łam być od bar­dzo daw­na i pró­bu­ję sobie odpo­wie­dzieć na pyta­nie, jak się z tym czu­ję. O ile w ogó­le jestem jesz­cze zdol­na poczuć cokol­wiek.

Jestem na pięk­nej wyspie albo przy­naj­mniej tak mi się wyda­je. Na począt­ku przy­ję­łam stan­dar­do­wą w tej sytu­acji pozy­cję prze­stra­chu. Bałam się obce­go języ­ka, obcych istot, obcych, nie­zba­da­nych prze­ze mnie miejsc. Jedze­nia, któ­re sma­ku­je ina­czej i kawy, któ­ra nie sma­ku­je wca­le.

Wszy­scy tutaj uda­ją, że mnie nie ma, co jest nie­sły­cha­nie korzyst­ną sytu­cją, bo prze­cież wła­śnie dla­te­go się tu zna­la­złam. Na to, co tak bar­dzo mnie uwie­ra­ło, zer­k­nę­łam z innej stro­ny i cała fustra­cja znik­nę­ła tak nagle, jak się poja­wi­ła.

Ta prze­pro­wadz­ka zwe­ry­fi­ko­wa­ła osta­tecz­nie moją naj­słab­szą i naj­moc­niej­szą stro­nę. Naj­słab­sza jestem w pako­wa­niu, zaś naj­moc­niej­sza w roz­pa­ko­wy­wa­niu. Nie ma nic pomię­dzy.

Dopro­wa­dza­nie tego miej­sca do god­ne­go mia­na „jeste­śmy u sie­bie” zaj­mie nam jesz­cze spo­ro cza­su, ale z każ­dym dniem i z każ­dą półecz­ką przy­twier­dzo­ną koł­ka­mi do ścia­ny “jeste­śmy u sie­bie” coraz bar­dziej.

Poczci­we kaba­no­sy z Lewia­ta­na zamie­ni­li­śmy na ogór­ki mało­sol­ne i ple­śnio­we sery. Spoj­rze­nia, któ­re oce­nia­ją, na echa gło­sów, któ­re led­wo do nas docie­ra­ją. Tyl­ko pają­ki są jak­by więk­sze i jak­by wszę­dzie.

Z pozy­cji nie­zna­ne­go mi dotąd dystan­su obser­wu­ję każ­dą zmia­nę, jaka we mnie zacho­dzi. Bo nie tole­ru­ję zbęd­nych ogra­ni­czeń. A naj­bar­dziej tych ogra­ni­czeń, któ­re mimo­cho­dem nakła­dam na sie­bie sama. Dla wła­sne­go dobra. Dla świę­te­go spo­ko­ju. Dla czy­ste­go sumie­nia.
Chy­ba dla­te­go obu­dzi­łam się dziś z myślą samo­bój­czą. Nie jestem oso­bo­wo­ścią zde­pre­sjo­no­wa­ną, ale śni­ła mi się śmierć i była ona prze-prze­pięk­na. Bra­ku­je mi tego uczu­cia tuż po prze­bu­dze­niu, kie­dy jesz­cze nie wiesz, co było wczo­raj i co może być dzi­siaj; tej przy­jem­nej, bez­tro­skiej pust­ki za zamknię­ty­mi ocza­mi. Zamiast tego mam w gło­wie demo­ny i złe sny.

(Żeby cho­ciaż rano ktoś je czu­le zmy­wał z powiek opusz­ka­mi pal­ców)

Zaprze­czam wszel­kiej logi­ce — dora­biam wil­kom skrzy­dła. A noca­mi dzier­gam sobie bia­ły pro­por­czyk, któ­ry zawi­śnie na drzwiach wej­ścio­wych mojej gło­wy:

Wyszłam z sie­bie.
Zaraz wra­cam.

I mam nadzie­ję, że już nikt nie będzie mnie nie­po­trzeb­nie nie­po­ko­ił.