jak trwoga to na matę — medytować

Z całe­go śmie­cio­we­go aspek­tu życia naj­bar­dziej gar­dzę stre­sem.
Mor­der­ca. Zabi­jacz. Zama­cho­wiec. Maso­chi­sta.

Stres, bo nowa pra­ca.
Stres, bo nie­spraw­dzo­ne szan­se.
Stres, bo haj­sy — w dodat­ku cudze — muszą się zga­dzać.

Cho­ro­ba, poszar­pa­na aura, z któ­rej dotąd się śmia­łam, roz­chwia­ne rela­cje mię­dzy­ludz­kie, trud­no­ści w prze­my­ca­niu co krok wymu­szo­ne­go uśmie­chu.

Myśli. Natłok złych myśli. Gru­ba war­stwa iry­ta­cji. Złość, pani­ka, para­no­ja. Pamię­ta­nie. O tym, o tam­tym, o sram­tym. Wciąż pamię­ta­nie. Przy­po­mi­na­nie. Zapo­mi­na­nie. Zapi­sy­wa­nie. Drga­ją­ca powie­ka. Dużo kawy. Mało magne­zu.

Stres-mor­der­ca-nie-ma-ser­ca.
Lęk.
Ser­ce-stre­su-ser­ca.

A potem roz­wi­jam matę. Mój świę­ty pro­sto­kąt, na któ­ry zła ener­gia nie ma pra­wa wstę­pu. Tak to sobie wymy­śli­łam, gdy pew­ne­go dnia wró­ci­łam do domu i poczu­łam, że nadal nie jestem u sie­bie.

Że coś mnie goni, łazi za mną, klei się do mnie, jak kocha­nek, któ­re­go — wła­śnie to sobie uświa­da­miasz — nigdy nie kocha­łaś.

Roz­wi­jam matę i sta­ram się czuć, że jestem. Myśli kie­ru­ję do wnę­trza, oddech zamie­niam w świa­tło, prze­strzeń, w któ­rej się zamy­kam, jest łagod­na i mięk­ka.

Jestem. Oddy­cham, więc jestem.
Tu.
Teraz.
Inne­go miej­sca i cza­su nie ma.

Ilu­zja.
Oddech.
Już wiem, że zaraz zachce mi się z ulgi pła­kać.

A potem bywa róż­nie.

Cza­sem śpie­wam man­try, niby koły­san­ki, któ­ry­mi chcę poło­żyć do snu moje demo­ny. Cza­sem szep­tam sło­wa bez zna­cze­nia dla świa­ta, za to peł­ne zna­cze­nia dla mojej pokie­re­szo­wa­nej cha­osem isto­ty. Cza­sem liczę odde­chy, witam z uśmie­chem zło­śli­we emo­cje albo pozwa­lam sobie na czy­sty, bez­kre­sny smu­tek.

Za każ­dym razem pozna­ję się z innej stro­ny.
Odkry­wam lądy peł­ne nie­za­go­jo­nych wspo­mnień i skru­pu­lat­nie rese­tu­ję usta­wie­nia i prze­ko­na­nia auto­ma­tycz­ne­go pilo­ta mojej gło­wy.

Wdech.
Wydech.
Mata.

Dla cie­bie pro­sto­kąt z eko­lo­gicz­ne­go kau­czu­ku, a dla mnie jak­by mały, odręb­ny, zupeł­nie pry­wat­ny wszech­świat.
Świę­ta prze­strzeń. Wechi­kuł cza­su na zawsze zako­twi­czo­ny w TERAZ.

W tym miej­scu chcia­ła­bym dodać, że jak tyl­ko scho­dzę z maty, świat mie­ni mi się kolo­ra­mi tęczy, ale póki co mie­ni się naj­wy­żej kału­żą zbyt wcze­snej jesie­ni.

Pra­cu­je­my nad tym.
Ja, mały bud­da i nasze kąci­ki ust skie­ro­wa­ne deli­kat­nie w górę.

ZapiszZapisz