przed snem huśtam się na twoim pasku od spodni

przed snem

Mówi­łeś, że mogę pro­wa­dzić podwój­ne życie. Takie w ser­cu i na chod­ni­ku. Że to nie będzie mia­ło żad­ne­go zna­cze­nia, dopó­ki będę obec­na na obu tych płasz­czy­znach i nikt nie poczu­je się spe­cjal­nie skrzyw­dzo­ny. Cza­sa­mi to się spraw­dza, cza­sa­mi nie. Cza­sa­mi odpo­wie­dzi cisną się na język same.
Nie wiem, w co wie­rzyć, ale wiem, że mogę wie­rzyć tobie.

Tyle że dłu­go każesz mi na sie­bie cze­kać.
Zer­kam nie­obec­nym wzro­kiem na wąską ulicz­kę za oknem, bęb­niąc paznok­cia­mi o para­pet i stro­jąc znu­żo­ne miny, któ­re tak cię iry­tu­ją. No bo wiesz, to nie tak, że cię poga­niam, ja nawet nie śmiem; i to też nie tak, że doce­lo­wo cze­kam na CIEBIE. O wie­le bar­dziej inte­re­su­je mnie to, co przy­nie­siesz ze SOBĄ.

Tyl­ko pro­szę cię, nie przy­noś mi kwia­tów; za mało jestem na nie kobie­ca. Prę­dzej jakąś grę video, naj­le­piej retro, żeby­śmy mogli dorzu­cić sobie do kolek­cji garść nowych kurzych łapek od nasze­go śmie­chu. To może być też SOJA, jeśli bar­dzo ci zale­ży, żeby sobie ze mnie pokpić i zwy­zy­wać mnie od nowo­bo­gac­kich hip­ste­rów. Albo cho­ciaż odbla­sko­wy dłu­go­pis z fiku­śną, kiczo­wa­tą koń­ców­ką. Piór­kiem jakimś, poke­mo­nem, gwiezd­nym mie­czem, kotem, czy coś.

Przy­nieś mi sie­bie; uda­waj, że jesteś na sta­łe. Zrób mi rano kawę i miej w nosie moje czar­no­ma­gicz­ne pro­te­sty. Zalej mi ją cukrem i mle­kiem, poiry­tuj mnie już do koń­ca. Tak jak wte­dy zabo­la­łeś mnie już do koń­ca.

Za tym oknem nic nie ma, jestem roz­cza­ro­wa­na. Nawet jak zaci­skam moc­no powie­ki, nie sły­szę w drzwiach szczę­ku zam­ka. Prze­no­szę się do śle­pej kuch­ni, tam przy­naj­mniej nie mogę się cie­bie spo­dzie­wać. Pró­bu­ję uda­wać, że jestem dziel­na i umiem sobie pokro­ić suro­we­go kur­cza­ka. Łzy mi napły­wa­ją do oczu, ale nie jakieś strasz­ne, tyl­ko te od cebu­li. Gubię się w tym co mam w gło­wie, bo mię­dzy cebu­lę, sosik, wód­kę, a zaką­skę wkra­da­ją się tępe myśli, że prze­cież co się dzie­je, gdzie ty jesteś, umar­łeś mi, nie wró­cisz?