słowo, trwaj, jesteś takie ulotne

Pozwo­li­łam sobie na pisa­nie jak chcę, a nie jak myślę, że muszę.
Teraz do kom­pu­te­ra nie pod­cho­dzę już jak do jeża, tyl­ko jak do plu­szo­we­go i jesz­cze w powi­ja­kach wilcz­ka — o odde­chu pach­ną­cym świe­żo zapa­rzo­ną kawą (dla więk­szo­ści z Was to porów­na­nie jest nie­for­tun­ne, ale dla mnie lep­sze nie ist­nie­je; dosko­na­le pamię­tam ten zapach z dzie­ciń­stwa).

Teraz z tym pisa­niem mam tak, że dooko­ła mogę mieć syf, kocie beł­ty, śmier­dzą­ce skar­pet­ki i zawie­ru­szo­ne majt­ki, i wszyst­ko to nie­istot­ne, bo cicho już, prze­stań, odejdź, piszę. A przed­tem zanim się za to wzię­łam, musia­łam dla dobra ludz­ko­ści np. poza­mia­tać całą pusty­nię.

To moje jak chcę, a nie jak muszę, oczy­wi­ście wca­le nie zna­czy, że ja mam jakieś głęb­sze albo god­ne uwa­gi prze­my­śle­nia. Zna­czy to tyl­ko tyle, że teraz sia­dam i piszę, a wte­dy sia­da­łam, stę­ka­łam, kli­ka­łam, odświe­ża­łam, a potem myśla­łam „no dobrze, to teraz to uło­żę i może zro­bię z tego jakieś ład­ne zda­nia”.
Jezu­sie Świe­bo­dziń­ski, co za stra­ta cza­su.

W kon­tek­ście zawsze gło­śnej, choć nie zawsze potrzeb­nej, deba­ty jaki blog ma szan­sę na suk­ces, splen­dor, prze­trwa­nie, skreśl co chcesz lub dodaj, uwa­żam, że blo­ge­rzy mają pra­wo pisać o niczym.

Jak­kol­wiek defi­ni­cja „blo­ge­ra” zosta­ła dra­stycz­nie wzbo­ga­co­na o dodat­ko­we semi-zna­cze­nia, to wg mnie jest to nadal czło­wiek, któ­ry za dar­mo może publi­ko­wać swo­je tre­ści w inter­ne­cie. Ta dar­mo­wość naj­czę­ściej jest obu­stron­na — czy­tel­nik jak chce go czy­tać, to go czy­ta; rzad­ko kie­dy musi za to sypać zło­tem.

Z książ­ka­mi już ina­czej. To od pisa­rzy książ­ko­wych powin­ni­śmy ocze­ki­wać małych cudów. Od blo­ge­rów nie.

Od pisa­rza kupu­ję bowiem, że tak sobie pozwo­lę zakląć, pro­dukt, któ­ry ma mnie w jakiś spo­sób lite­rac­ko połech­tać (zazwy­czaj). Pisarz temu zada­niu musi — albo przy­naj­mniej powi­nien — spro­stać; blo­ger nie.

Ja nie umiem pisać blo­ga o czymś i nie pla­nu­ję wię­cej z tego powo­du pisar­sko się izo­lo­wać. To tyl­ko stro­na, zle­pek pik­se­lo­wych myśli. Świa­ta nimi oca­lić nie zamie­rzam.

A w ogó­le to uwa­żam, że ludz­kość jest do ura­to­wa­nia wyłącz­nie przy pomo­cy drob­nych, led­wo dostrze­gal­nych gestów, któ­re nie mają za wie­le wspól­ne­go z pisa­niem.