skowyt #4

lena wadera

Na jego widok stanęłam jak wryta.
Wstrzymałam oddech, przełknęłam ślinę, rozszerzyły mi się źrenice.
On też się nie ruszał.
On też nie wiedział, gdzie się podziać.
Odezwać się, wyminąć mnie, odejść w przeciwną stronę?
Musiałam podjąć decyzję za nas oboje.
Obróciłam się jak w zwolnionym tempie; na tyle, na ile pozwalały na to szumiące klatki wspomnień w mojej głowie.
I odeszłam.
Trzęsłam się jak cholera.
Ciekawe, czy widział.
Ciekawe, czy o nas pamiętał.

ONA: 

Pod koniec dnia zawsze uciekam do niego. Zawsze otwiera mi drzwi z tym samym wyrazem twarzy. To taka trochę troska, a trochę myślałem-że-już-nigdy-nie-wrócisz. I zawsze czeka na mnie w moim mieszkaniu, nie swoim. Jakby wyznacznikiem dobrego życia była druga osoba czekająca na twój powrót z pracy.

Na jego widok pozwalam się sobie rozsypać. Opowiadam mu o całym dniu i o całym moim życiu; zwłaszcza o tych fragmentach, które tak trudno wytrzymać w pojedynkę. Gadam i gadam, aż przypominam sobie, że o wiele więcej mogę mu powiedzieć, gdy zamknę swoją jadaczkę.

Mogę zsunąć ubranie, rękaw po rękawie, guzik po guziku, koronka po koronce. Mogę stanąć przed nim naga i całą noc go prosić, żeby starł ze mnie resztki dnia, o którym nie chcę dłużej pamiętać.

A on się zgodzi.

Przechyli lekko głowę, zmruży oczy i resztkami przyzwoitości powstrzyma się od komentarza. Zbliży się do mnie. Przeczyta mnie całą i będzie udawał, że nic mu nie przeszkadza.

Chyba że gdzieś w międzyczasie się rozmyślę. Zawstydzę, znieruchomieję, przypomnę sobie, że akurat dzisiaj mam cellullit i ucieknę schować go pod gorącym prysznicem.

Bardzo to w nim lubię. To, że jak wyjdę spod tego prysznica, to on mi muśnie palcami włosy, jak jakiejś niewydarzonej dziewczynce, i zapyta, co sobie przygotujemy na kolację.
Jak gdyby ta ściana wyimaginowanego cellullitu nigdy nie stanęła między nami. Machnie na ten incydent ręką, schowa w tych rękach moją twarz i stanie się Patrzeniem.

Przy kolacji nie rozdrabniamy się już na osobowościowe dylematy, bo całą naszą uwagę pochłaniają maślane bułeczki maczane w bawarce i radosne przeżuwanie słodkiej chwili.

Lubię się przy nim budzić. 
Miarowy oddech śpiącego człowieka, z którym łączy cię cały kosmos przeżyć, jest tym, co o poranku nastraja najpogodniej. Kundera mówi na to corpus delicti miłości, a mnie się trudno z nim nie zgodzić.

Czasem ma jakieś sny i – będąc pod wrażeniem tych wszystkich przygód, które sobie śni – wstrzymuje na kilka sekund oddech.
Strzyżę uszami, niepokoję się. To trwa co najmniej o nanosekundę za długo, więc kładę dłoń na jego buzi, żeby mu przypomnieć, że tego dnia ma dla kogo oddychać.

Za jego głębokim westchnieniem następuje moja głęboka ulga.
Uchyla śpiące powieki, zaplata dłonie z moimi włosami w warkocze i mówi cicho, z czułym rozbawieniem:

– ty też masz dziś dla kogo oddychać.

ON:

Gramoli się z łóżka, niechętnie, bo za oknem pierwsze zapowiedzi mrozu. Z podkurczonymi stopami biegnie do kuchni nastawić kawiarkę i bezmlekowe mleko na owsiankę. Nienawidzi jej; krzywi się przy każdym przełknięciu, a akurat krzywienie wychodzi jej znakomicie. Zawsze się czuję jak na nowym spektaklu, obserwując ją przy śniadaniu.

Ostatni łyk kawy przedłuża w nieskończoność, żeby oddalić od nas ten moment, kiedy będzie musiała na długie godziny wyjść do pracy. Potem zawsze wykrzykuje z paniką, że jest spóźniona, a jak dotąd nigdzie się nie spóźniła.

Poranki są najtrudniejsze. Mam ochotę zamknąć ją całą w moim dotyku.

Głupio tak, że zaraz wyjdzie, więc przeszkadzam jej sobą pomiędzy nałożeniem tuszu na rzęsy a spryskaniem włosów pachnącą odżywką.
Przekładam się z kąta w kąt, próbując schwytać ostatnie chwile, spojrzenia i uśmiechy, które zostały nam przed 10-cio godzinną rozłąką.

Zerka na zegarek z przerażeniem i zaczyna swój codzienny bieg po pokojach w poszukiwaniu białego stanika i świeżych majtek. Wciska się w czarne dżinsy – w ten seksowny sposób, zarezerwowany dla kobiet, które mają świadomość, że ich mężczyzna właśnie w tej chwili na nie patrzy.

Wsuwa na siebie koszulę i zapina o jeden guziczek za mało. Pyta mnie spojrzeniem, jak wygląda, na co ja odpowiadam jej uśmiechem, że wygląda pięknie.

Krzywi się na ten niemy komplement i macha ręką, żeby go odpędzić, niby natrętną muchę, bo jak większość kobiet nie rozumie, że gdy ktoś jej mówi, że jest piękna, to znaczy, że jest piękna.

Jeszcze zanim wyjdzie, chwytam ją za rękę.
Nie całuje mnie, bo dla niej pocałunek znaczy „żegnaj”, a nie „do widzenia”.

Zamykają się za nią drzwi.
Ułamek sekundy później żałuję tego ostatniego pocałunku, który się nie ziścił, bo czuję i wiem to na pewno, że oto nadszedł dzień, w którym na zawsze mnie opuściła.


Przeczytaj też skowyt #1#2 i #3

  • Tak, to prawda. Ale nieuleczalna ze mnie romantyczka i nic na to nie poradzę ;)

  • Za moim panem Rafałem!

  • Ja bym nie chciała. Z tym się wiąże za dużo zmartwień i strachu, że zaraz wszystko jebnie.

  • <3
    Za czym się zatęskniło? :)

  • Gdyby nie ostatnie zdanie napisałabym, że chciałabym się jeszcze kiedyś tak zakochać… No, ale nie napiszę tego. Ludzie patrzą.

  • Piękne, jak zawsze. <3 Aż mi się zatęskniło.