skowyt #3

skowyt #3

Wróciłam do domu, zrzuciłam z siebie w przedpokoju wszystkie ubrania i poszłam prosto pod prysznic. To było jedyne, co umiałam z siebie jeszcze świadomie wykrzesać.
Przebrałam się w domowe łachy, wiesz które, ten sprany niebieski sweter, który należał do mojego zmarłego, te getropodobne gacie z dziwnym wzorkiem i skarpetki z pierwszą dziurką na lewej pięcie. Wczołgałam się do łóżka i tak już zostałam. Leżałam nieruchomo, oddychałam głęboko i słuchałam ciszy.

Przed oczami pojawiały się jakieś dziwne obrazy. Splot myśli o pracy i wspomnień o życiu, z czego znakomita większość dotyczyła życia z tobą.
Łapałam te chwile, choć nie próbowałam ich rozumieć. Uczę się gorliwie pozwalać wspomnienom żyć własnym życiem, a sobie swoim życiem.

Widziałam na przykład, jak wchodzisz do mieszkania z podróżną torbą i patrzysz na mnie spod kaptura. Widziałam jak zamieram zaskoczona twoją nagłą obecnością. Widziałam cień uśmiechu na twoich ustach.
Kiedy dzielił nas czas, zawsze na mój widok jaśniały ci oczy. Byłeś moim domem, moim bezpieczeństwem, moimi czterema ścianami w kolorze skandynawskiej bieli.

Brakuje mi twoich kretyńskich pytań.
Czy mam ochotę na torcik z moreli. Czy lepiej zjeść kanapkę z mozarellą, czy ananasa. Czy zgram ci na dyskietkę internet i nadam ją poleconym priorytetem, bo na tym wypizdowie nie masz jak zabukować biletu do domu.

Widzisz, trochę się u mnie pozmieniało, chciałabym żebyś wiedział. Właściwie świat mi się wywrócił do góry nogami, ale to nie jest tak ważkie jak fakt, że nie mogę ci o tym opowiedzieć. Brakuje mi naszych nocy spędzonych na moim balkonie, w towarzystwie butelki najtańszego porto, które smakowało czystą siarą. Nic już nie wygląda z tego balkonu tak samo.
Przypominasz sobie, o czym wtedy zazwyczaj rozmawialiśmy?

Dzień w dzień budzę się o szóstej rano i myślę to samo. Kilka minut na śniadanie, kilkanaście na włosy, lewe oko, prawe oko i świeże majtki. Wychodzę na przystanek. W tramwaju widzę te same twarze, a i tak się łudzę, że dojrzę może jakąś inną, jakąś twoją albo chociaż trochę twoją. Patrzę na ludzi, przywdziewając maskę pięćdziesięciu twarzy srającego kota na pustyni Leny.

W pracy jest zawsze tak samo jak wczoraj, tylko czasem nieco inaczej. Jestem zdalnie sterowana przez moich pracodawców i uparte zegarki, które moją godzinę wybijają coraz później. Jak wychodzę, to nigdy nie wiem czy się cieszyć, czy się smucić. Z jednej strony nikt mną do końca dnia już nie steruje. Z drugiej strony do końca dnia muszę sterować samą sobą, a często się mylę.
Źle sobie wyliczę algorytm moich myśli, złe dobiorę piosenki i wspomnienia, podzielę je przez zero i wyjdzie minus zero, nie liczy się, wracaj do ławki, siadaj, pała.

Wchodzę do domu, zrzucam z siebie w przedpokoju wszystkie ubrania i idę prosto pod prysznic.
Niebieski sweter, getry z wzorkiem, skarpetki z dziurą na lewej pięcie.
Łóżko, oddech, cisza.
Nie ma cię.
Chyba się uduszę.


Przeczytaj też skowyt #1#2

  • Bardzo lubię Cię w takim wydaniu. :) Skowyt czyta mi się tak, jakbym czytała książkę. Myślałaś o wydaniu tego, gdy seria będzie miała więcej części?

    • :)
      Eee, wydać Skowyt? Nieeee :D
      Takie pitu-pitu o niczym, ew. o tęsknocie, dobrze się pisze (a niekiedy i czyta!) na blogach takich jak mój (nieprofesjonalnych, niedookreślonych, nie-wiadomo-jakich). Ale chyba żal by mi było papieru (również tego czytnikowego), żeby wydawać je w postaci książki. Gdybym je wydała, zostałabym pewnie przez większość okrzyknięta Naczelną Grafomanką Pisarstwa i Gwałcicielką Literatury Wszelakiej. A wolę być wilkiem :D

    • Eee, ja tak nie uważam!