skowyt #2

skowyt #2

- Puść mnie
— Nie wiem już, jak mam z tobą roz­ma­wiać. Co ty masz na sobie? Gdzie ty się szla­jasz? Co ci się sta­ło w szy­ję? Masz dziw­ne oczy, bra­łaś coś?
— Powie­dzia­łam: puść mnie.

Wszyst­ko mi o niej przy­po­mi­na.
Jest jak wyrwa w żebrach, któ­ra pali od wspo­mnień.
Mie­siąc temu mia­łem ocho­tę wyrzy­gać się na swój talerz, bo leża­ło na nim pen­ne, a ona uwiel­bia maka­ron. Tydzień temu prze­pa­dłem na okrą­głą dobę ze słu­chaw­ka­mi na uszach i zapę­tli­łem jej ulu­bio­ny kawa­łek. Wczo­raj była peł­nia. Wyobra­ża­łem sobie, że leży z księ­ży­cem mię­dzy noga­mi.

Powie­dzia­ła mi, żebym jechał przed sie­bie. W stro­nę potrój­nej zie­le­ni, któ­rej u nas nie ma.
Powie­dzia­ła mi, że muszę jej pozwo­lić odejść.

Głos jej się łamał. Wma­wia­łem sobie, że nie mówi poważ­nie. Że ma gor­szy dzień, potrze­bu­je prze­strze­ni, odde­chu, chwi­li dla sie­bie. Prze­cież umia­łem się z nią obcho­dzić. Oswo­iłem ją, wie­dzia­łem, jak jej nie spło­szyć. Była moja.

Pró­bu­ję sobie uło­żyć życie. Cho­dzę do pra­cy, widu­ję się z ludź­mi, piję z nimi alko­hol i śmie­ję się ze sła­bych sucha­rów o murzy­nach, cho­ciaż nawet ich nie sły­szę. Zda­rza mi się, że po pija­ku wsz­czy­nam bój­ki, a przy­ja­cie­le mówią, że się sta­czam, ale to rzad­kie sytu­acje. Naj­czę­ściej wra­cam grzecz­nie do domu, zyg­za­kiem, po dro­dze zaha­cza­jąc o obce klam­ki.

Tyl­ko raz, wra­ca­jąc, spo­tka­łem taką jed­ną dziew­czy­nę. To była ona, a przy­naj­mniej tak mi się wyda­wa­ło na tam­ten stan pod­chmie­lo­ne­go ducha.

Nie wie­dzia­łem co robić, więc zła­pa­łem ją za ramio­na i krzy­cza­łem jej imię. Potrzą­sa­łem nią i pyta­łem, gdzie była, bo szu­kam jej jak oszo­łom, bo jed­nak nie wiem, jak mam w tej próż­ni ukła­dać sobie bez niej życie. Sta­ła bez ruchu, cho­ciaż czu­łem pod pal­ca­mi, jak drży ze stra­chu i modli się w duchu, żeby ten pija­ny pojeb ją puścił i poszedł być pija­nym poje­bem gdzie indziej.
W koń­cu zdo­by­ła się na odwa­gę i łamią­cym gło­sem powie­dzia­ła: puść mnie. 

Ale prze­cież nie mogłem cię puścić. Pamię­tasz, co było ostat­nim razem?

Puści­łem two­ją rękę, a ty przy trze­cim kro­ku pośli­zgnę­łaś się na lodzie. Twój śmiech prze­ci­nał noc jak drob­ne krysz­tał­ki mro­zu. Odsze­dłem od cie­bie na moment w super­mar­ke­cie i zna­la­złem cię 15 minut póź­niej na dzia­le papier­ni­czym. Sta­łaś mię­dzy rega­ła­mi ze sto­sem nie­po­trzeb­nych gra­tów pod pacha­mi i gor­li­wie prze­ko­ny­wa­łaś mnie, że jeśli jutro świat zaata­ku­ją zom­bie, tyl­ko te gra­ty zagwa­ran­tu­ją nam prze­trwa­nie. W nocy ście­ra­łem pal­ca­mi sen z two­je­go cia­ła. Nad ranem mia­łaś zaru­mie­nio­ną buzię i byłaś nawet bli­żej niż naj­bli­żej.

Obu­dzi­łem się z sinia­kiem mię­dzy żebra­mi.
Posta­no­wi­łem, że już nie piję, że już nie pamię­tam, że już nie odsta­wiam z sie­bie skoń­czo­ne­go kre­ty­na.
Tyl­ko cza­sa­mi jesz­cze zapo­mi­nam i mimo­cho­dem robię kawę dla dwoj­ga.


Prze­czy­taj też sko­wyt #1#3, #4