skowyt #1

skowyt
Wiedziałem, że tak to się skończy. Że pewnego dnia wstanie i trzaśnie drzwiami. Że już do mnie nie wróci. Zachowujemy się, jakby między nami niczego nie było, chociaż nasze ukradkowe spojrzenia mówią co innego. Oczy nie poddają się manipulacjom ciała.

– Myślisz, że ona dzieje się naprawdę?
– Co to za idiotyczne pytanie? Nawet nie próbuję się zastanawiać, czy znam na nie odpowiedź.
– Dlaczego nie?
– Pozwól jej na to. Daj jej żyć tak, jak na to ma ochotę. Niech sobie będzie wariatką. Niech wierzy w sny i dzikie kobiety, które gonią ją po leśnych polach. Niech wyje do pełni księżyca, kiedy widzi, jak wschodzi. Niech milczy dniami, a potem gdera tygodniami. Kto powiedział, że jest w tym coś złego albo, co dziwniejsze, nierzeczywistego?

– Pytałem ją, jak się poznaliście. Zrobiła dziwną minę i nic nie powiedziała. Ty też masz dziwną minę. Co to znowu za popieprzona historia?

– Nie pamiętam. Poważnie, stary. Pierwszy wspomnienie, jakie z nią mam, dzieje się w wielkiej sali z lustrami. Zaczynały się jakieś zajęcia, nawet nie wiedziałem jakie, bo znalazłem się tam przypadkiem. Wpadła spóźniona. Tylko ja zauważyłem, że to jej spóźnienie to jakaś grubsza sprawa, bo miała na twarzy wymalowany trudno do zidentyfikowania grymas.
Rzuciła na ziemię torbę, zgarnęła jasne włosy w dłonie i związała je niedbale na czubku głowy. Stała tak chwilę z rękami w górze i obserwowała swoje odbicie w lustrze. Widać było, że jakaś jej część wciąż zmaga się z tym, co tak ją rozstroiło kilka minut temu. Potem przymknęła oczy i znieruchomiała. Nie wiem, czy te sekundy były dla niej równie nieznośne co dla mnie.

Na sali zrobiło się cicho. Popłynęła muzyka, wszyscy zebrani bez słowa ustawili się na środku i równo z nią zaczęli tańczyć.

Potem nawet pozwalała mi sobie rano zaparzać kawę, chociaż wciąż powtarzała, że to nam przyniesie pecha, bo ingeruję w jej dziecięce zaklęcia. Ten jeden raz powinienem był jej posłuchać.
Czytaliśmy razem Bravo, jak mieliśmy dość pseudointeligentnych książek, które trzeba było ogarnąć do sesji. Wyrywaliśmy z każdego numeru plakaty półnagich Justinów Bieberów i Selen Gomez, którzy potem uważnie przyglądali się ze ściany naszym przedsennym zboczeniom i porannym rytuałom. Lubiłem wypatrywać jej w tłumie mrówek pałętających się po uczelni. Lubiłem upijać ją tanim winem, bo po pijaku nie wiedziała, jak przestać się śmiać. Przed jej poznaniem nie miałem pojęcia, czym jest szaleństwo.
Powiedzieć, że się polubiliśmy, to nic nie powiedzieć. Ale powiedzieć, że się pokochaliśmy, to sprofanować wszystko, co było między nami.

I nigdy mi nie opowiedziała, jak wyglądało jej życie przed wejściem na salę.

– Ale coś ci chyba powiedziała?
– Tylko tyle, że normalnie nie wpuszczają tam zboczeńców, którzy gapią się z dziwną miną na spóźnialskie blondynki, ale dla mnie zrobią wyjątek, bo nie wyglądam na takiego, który miałby odwagę coś zmajstrować.
– Jak cię znam, to na pewno coś zmajstrowałeś.
– To prawda, ale dopiero jak dostałem od niej kredyt zaufania.
– To da się tak?
– Nie da się tak.
– No więc?
– Miałem szczęście.
Kurwa, nawet nie wiesz, jakie ja wtedy miałem szczęście.

Przeczytaj też skowyt #2#3, #4