saudade, ale dzisiaj nie mam wątpliwości, za czym tęsknię

Od kil­ku dłu­gich tygo­dni mam taki ścisk w jed­nym z serc i myślę sobie, że to może dla­te­go, że ostat­nio moje życie nie zacho­wu­je się, jak­by rze­czy­wi­ście było moje. Chy­ba że to tyl­ko cia­ło nie nawy­kło do takiej daw­ki ducho­wo­ści i cele­bro­wa­nia głę­bo­kim odde­chem, jaki mu ser­wu­ję inten­syw­nie w ostat­nim cza­sie, ale Dro­gie Cia­ło musi spró­bo­wać zro­zu­mieć, że koniec koń­ców to tyl­ko i aż dla jego dobra.

Czyst­ki tutaj poważ­ne urzą­dzi­łam. Poka­so­wa­łam, pousu­wa­łam, pocia­cha­łam, ale cią­gle mi mało. Mam taką okrop­ną ocho­tę usu­nąć wszyst­ko, co zabu­rza biel nie­za­pi­sa­nej, goto­wej na każ­dą nową ewen­tu­al­ność stro­ny.

I tak dłu­go już nad tym roz­wa­żam, że aż zie­lo­na her­ba­ta mi wysty­gła i tro­chę jak­by wię­cej zzie­le­nia­ła. Wstyd jej za mnie. No i cóż, jeste­śmy dwie, mnie też tro­chę wstyd za sie­bie. Nie­wie­le jest rze­czy gor­szych od zim­nej her­ba­ty.

Ale kie­dy to pisa­łam, w gło­śni­kach pole­ciał Debus­sy i przy­po­mnia­ły mi się te chwi­le spę­dzo­ne na nie­ziem­skim bal­ko­nie Eddie­go, gdy ten pusz­czał mi disko-rusko i odśpie­wy­wał frag­men­ty, któ­rych z racji swo­jej austra­lij­skiej duszy — tak bar­dzo w opo­zy­cji do rosyj­skiej toski * — nie rozu­miał. Ale nawet jeśli toski nie rozu­miał, to ją czuł; kie­dyś mu nawet napi­sa­łam na ten temat całe­go ela­bo­ra­to­ma­ila jak mia­łam kaca i on to przy­jął bar­dzo cie­pło, może z lek­kim poli­to­wa­niem, jak­by nic z tego nie było praw­dą, ale jed­no­cze­śnie jak­by wszyst­ko było daw­no zapo­mnia­ną legen­dą z zia­ren­kiem praw­dy, któ­re w bez­sen­ne noce kłu­je naj­do­tkli­wiej.

To były te naj­słod­sze chwi­le, może dla­te­go, że Edo­wy bal­kon malo­wał zacho­dy i wscho­dy słoń­ca w całej swej dosko­na­ło­ści, a pod nimi było spo­ro zie­le­ni­ny i krza­ków, i był nawet kot, co się sto­ło­wał w sąsiedz­kich ogród­kach, jak we wła­snym kró­le­stwie zaśmier­dzia­łych whi­ska­sów (4% mię­sa, 96% kon­ser­wan­tów).

Dobrze było na to patrzeć. Nie prze­szka­dza­ło mi nawet, że co kil­ka nano­mi­nut musia­łam z wiel­kim entu­zja­zmem zachwy­cać się Edo­wą łazien­ką, bo taki był dum­ny z nowych, kolo­ro­wych kafel­ków.

Tak, zde­cy­do­wa­nie tęsk­nię za czy­stym patrze­niem na peł­ne wscho­dy i zacho­dy słoń­ca.


Od jakie­goś cza­su mam sła­bość do słów, któ­re nie mają dosłow­ne­go tłu­ma­cze­nia w innych języ­kach — na tym pole­ga ich urok a może nawet pięk­no.

Oprócz naj­bar­dziej zna­ne­go, por­tu­gal­skie­go sau­da­de (pra­gnie­nie, brak, tęsk­no­ta za czymś, cze­go nie da się okre­ślić) lubię też wspo­mnia­ną wyżej toskę (okre­śle­nie melan­cho­lii rosyj­skiej duszy) i sisu (z fin.: skraj­na deter­mi­na­cja w obli­czu prze­ciw­no­ści).
Wszyst­ko to dla mnie cie­ka­we, bo, łał, nie uwie­rzy­cie, napraw­dę lubię ład­ne sło­wa.