samiec alfa vs. pierdoła beta vs. ja

samiec alfa
Oczy zamknię­te, oczy otwar­te — widzę nic; jestem zablo­ko­wa­na.
Za zamknię­ty­mi powie­ka­mi męż­czyź­ni. W lewym naroż­ni­ku Wani­lio­wy, któ­ry kica za mną jak zają­czek i weso­ło mer­da na mój widok ogon­kiem. W pra­wym naroż­ni­ku Księ­ży­co­wy, któ­ry tak po pro­stu mnie nie chce, bo nie i już, i lepiej z tym nie han­dluj, mała. A ja pomię­dzy nimi, tak bar­dzo zobo­jęt­nia­ła.

Wani­lio­wy przy­my­ka oko na wszyst­kie moje humo­ry, nie­hu­mo­ry i mucho­mo­ry. Pozwa­la mi być popie­przo­ną wariat­ką z burzą zdez­or­ga­ni­zo­wa­nych myśli i poglą­dów na życie, i jesz­cze na każ­dym kro­ku pod­kre­śla, że wła­śnie to uwiel­bia we mnie naj­bar­dziej (oczy­wi­stym jest, że prze­ko­nu­je do tego prę­dzej sie­bie niż mnie, bo ja tego w sobie nie­na­wi­dzę. Każ­dy nor­mal­ny czło­wiek tego we mnie nie­na­wi­dzi; jestem kobie­tą — spró­buj za mną nadą­żyć. Podej­mu­jesz wyzwa­nie?).

Wani­lio­wy chce ze mną naj­le­piej wszyst­ko za rącz­kę. Do pie­kar­ni po bułecz­ki. Do skle­pu po cia­stecz­ka. Do kio­sku po gazet­ki. Do mię­sne­go po kaba­no­ski. Buzi-buzi przy kasie, hihi, jak ty słod­ko wyglą­dasz bez maki­ja­żu i ze szpi­na­kiem mię­dzy zęba­mi! I w ogó­le na wszyst­ko mi pozwa­la. Na to żebym go kocha­ła. Na to żebym go nie­na­wi­dzi­ła. Na to, żeby mi był zupeł­nie obo­jęt­ny.

Z Księ­ży­co­wym spra­wa ma się zupeł­nie odwrot­nie. Księ­ży­co­wy nie loku­je we mnie żad­nych głęb­szych uczuć, tyl­ko od cza­su do cza­su pod­nie­sie wzrok, żeby spraw­dzić, czy nadal jestem gdzieś w pobli­żu. Jest oschły, bo tak ma i już, a jak nie jest, to nie jest i już. Trzy­ma mnie bli­sko sie­bie tyl­ko wte­dy, gdy koniecz­nie musi komuś zasy­gna­li­zo­wać, kto jest czyj i od kogo naj­le­piej wara.

Za jego przy­czy­ną od nowa uczę się swo­jej kobie­co­ści. Szu­kam jej pod koszul­ką, szu­kam na łuku żebro­wym, szu­kam na wysep­kach bio­dro­wych, któ­re tak lubi, i w majt­kach z koron­ki draż­nią­cej znie­cier­pli­wio­ne pachwi­ny, mię­dzy któ­re tak chęt­nie się zanu­rza: jed­nym pal­cem, dwo­ma, całą dło­nią, śli­ną, ślu­zem, wszyst­kim co mi da. Jego dło­nie są jed­no­cze­śnie obce i są moje; prze­my­ca­ją do moje­go cia­ła tro­skę, przez któ­rą wil­got­nie­ję. Na samą tyl­ko myśl mru­żę oczy — jak kot.

Ale to nie jest tak, że Księ­ży­co­wy nie ma uczuć. On ma zamiast uczuć Kosmos, któ­rym nie­chęt­nie się dzie­li. Cza­sem powie coś takie­go, że mam ocho­tę wyskro­bać mu z czasz­ki mózg i scho­wać go głę­bo­ko do swo­ich maj­tek. Albo przy­naj­mniej zamknąć bez stra­chu oczy i przy nim zasnąć. A potem obu­dzić się z ulgą, że nie muszę odpo­wia­dać na żad­ne pyta­nia.

Nawet jeśli obaj mają mnie na języ­kach przed zaśnię­ciem (co Wani­lio­wy zade­mon­stru­je set­ką ese­me­sów z dwu­krop­kiem i gwiazd­ką, a Księ­ży­co­wy łaska­wym: „śpij dobrze i nie myśl o głu­po­tach.”), ja przed zaśnię­ciem na języ­ku nie mam żad­ne­go. Bo jesz­cze jest ten trze­ci. Ten, co albo mi już umarł, albo mi się jesz­cze nie uro­dził.

Ten, do któ­re­go ucie­kam, ile­kroć życie mi się sro­go spier­do­li.