robię sobie z mózgu księżyc

robię sobie z mózgu księżyc

Życie jest bar­dzo pro­ste od momen­tu, kie­dy dowia­du­jesz się, cze­go chcesz. Księ­życ mi czę­sto lubił tłu­ma­czyć, że jak sobie pona­kłu­wa, pona­ci­na i pona­gry­za, to wszyst­ko sta­je się kry­sta­licz­ne — jak­by ten cały splot myśli kumu­lo­wał swo­ją tok­sycz­ną ener­gię w skon­tro­lo­wa­nych przez nie­go frag­men­tach skó­ry i cia­ła. Wszyst­ko spro­wa­dza się do poczu­cia kon­tro­li, nie­za­leż­nie od tego, czy te wnio­ski wysnu­wa zdro­wa, czy cho­ra gło­wa. Jego gło­wa była gdzieś pomię­dzy.

Te napa­dy nad­mier­nej neu­ro­tycz­no­ści i nie­po­trzeb­ne bory­ka­nie się z tym, co tak napraw­dę nie ma żad­ne­go zna­cze­nia, mnie samą dopro­wa­dza­ły na skraj sza­leń­stwa, ale cza­sem bra­ku­je mi tego zwy­kłe­go chwy­ce­nia za słu­chaw­kę, żeby pody­wa­go­wać o tym, czym i po co jest życie, i dla­cze­go jest mi z nim dzi­siaj tak cho­ler­nie cięż­ko. Nie dla same­go narze­ka­nia, ani dla filo­zo­ficz­nych roz­k­min o dupie mary­nie, tyl­ko raczej po to, by gdzieś mię­dzy wier­sza­mi wyniu­chać, jak się dzi­siaj czu­jesz.

Myśla­łam inten­syw­nie o tym, żeby ktoś wresz­cie wyszedł mi na prze­ciw i pokie­ro­wał mną w jakimś kie­run­ku, ale nie sądzi­łam, że potrak­tu­jesz to aż tak dosłow­nie. Nie szu­kaj mnie, pro­szę, nie oswa­jaj. Zostaw mnie w moim wil­czym lesie, w mojej wil­czej norze, z moimi wil­czy­mi pobra­tym­ca­mi i nawet nie pró­buj roz­ko­do­wy­wać nasze­go języ­ka. Jeste­śmy z tej dru­giej stro­ny świa­ta, gdzie nie­bo jest defi­ni­cją błę­ki­tu, a zie­mia ma pier­wot­ny zapach pre­hi­sto­rii.

Muszę dzi­siaj wyjść — pouda­wać przed sobą i świa­tem, że potrze­bu­ję ludz­kie­go towa­rzy­stwa. Że nale­żę do wszyst­kich i wszy­scy nale­żą do mnie, że myśli­my podob­nie o róż­nych spra­wach, że śmie­je­my się z tych samych żar­tów, któ­re niko­go nie bawią, i reagu­je­my wymow­nym wzro­kiem na nie­wy­mow­ne sytu­acje. A potem wró­cę i zasta­nę cie­bie z pyta­ją­cym spoj­rze­niem, na któ­re odpo­wiem wzru­sze­niem ramion, a ty prze­chy­lisz gło­wę w pra­wą stro­nę i led­wo sły­szal­nie wes­tchniesz. W naj­gor­szym razie nie będzie cię w domu (ale twój pies ucie­szy się na mój widok). Zasty­gnę w przed­po­ko­ju i zacznę pani­ko­wać, bo kory­tarz jest dłu­gi i krę­ty, a ja za cho­le­rę nie potra­fię zapa­mię­tać, z któ­rej stro­ny zapa­la się u cie­bie świa­tło.