poszło, pękło, słowo się rzekło — weselne gody Basiora

weselne gody basiora

11:03

Na bło­go­sła­wień­stwo odwo­zi mnie jakiś podej­rza­ny kole­ga mojej mat­ki; w radiu leci super­girl, uśmie­cham się pod nosem, naj­wy­raź­niej Góral tele­pa­tycz­nie doda­je mi otu­chy w tych trud­nych chwi­lach (nie lubię podró­żo­wać obcy­mi samo­cho­da­mi).

11:23

Klat­ka bez ładu i skła­du przy­stro­jo­na kolo­ro­wy­mi balo­na­mi. Sąsiad­ki z wiel­ką pasją pod­le­wa­ją wciąż i wciąż te same kwia­ty, ile­kroć ktoś nowy i ład­nie ubra­ny zja­wi się pod blo­kiem. Dzia­dek z bra­tem w spa­nio­wych koszul­kach zer­ka­ją leni­wie z bal­ko­nu na świat. Na mój widok cie­szy im się micha, wysy­ła­my sobie poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia, bo tyl­ko nasza trój­ka nie rozu­mie, na co komu ten cały cyrk.

11:30

Wcho­dzę do pasz­czy lwa; har­mi­der, pani­ka, roz­gar­diasz, roz­bie­ga­ni ludzie. Nie rozu­miem, co się dzie­je i roz­glą­dam się za kątem, któ­ry uchro­ni mnie przed nad­cho­dzą­cym kata­kli­zmem. Dopie­ro po chwi­li oka­zu­je się, że foto­graf będzie lada moment, a więk­szość domow­ni­ków wciąż lata w majt­kach. Brat w dre­sach, odpa­la jed­ne­go peta od dru­gie­go i prze­pi­ja je tablet­ka­mi na uspo­ko­je­nie bez recep­ty (sto pro­cent wycią­gu z meli­sy) ner­wo­wo powta­rza­jąc: „ale spo­koj­nie sio­stra, ja się nie dener­wu­je!”. Mat­ka zaczy­na robić z sie­bie gwiaz­dę, wszyst­ko wie, wszę­dzie była, każ­de­go pozna­ła. Ruda ciot­ka z byle powo­du drze japę tak gło­śno, że sły­szy ją praw­do­po­dob­nie całe osie­dle. Sto­ję wśród nich zale­d­wie kil­ka minut i już marzę o tym, by ucie­kać. Na szczę­ście dzia­dek odkrę­ca kra­nik ze swo­imi mili­tar­ny­mi opo­wiast­ka­mi i zaj­mu­je mnie roz­mo­wą.

12:10

Przy­by­wa­ją druż­ki z przy­śpiew­ka­mi, orkie­stra gra, zbie­ra­my się po pan­nę mło­dą. Pod blo­kiem zatrzy­mu­je nas patrol detek­ty­wa Rut­kow­skie­go aka Dar­ka z naprze­ciw­ka. Twier­dzi, że mój brat mach­nął jego cór­ce dzie­cia­ka i zosta­wił z niczym. Na potwier­dze­nie swo­ich słów przed­sta­wia nam cór­kę, któ­ra zja­wia się z pla­sti­ko­wą lal­ką na ramie­niu. Po wymie­nie­niu uprzej­mo­ści i kil­ku litrów wód­ki, detek­tyw Rut­kow­ski życzy bra­tu szczę­ścia na nowej dro­dze życia, a jego patrol pusz­cza nas dalej.

12:15

Jedzie­my dwo­ma samo­cho­da­mi — ja z mat­ką, druż­ki z bra­tem. Uma­wia­my się pod blo­kiem pan­ny mło­dej. Dojeż­dża­my z mat­ką pierw­sze, wesel­na war­sza­wa Basio­ra (bra­ta) wle­cze się jak mucha w ole­ju i gaśnie śred­nio co dzie­sięć metrów, zda­je­my sobie spra­wę, że dojazd zaj­mie im kil­ka minut wię­cej…

12:35

…ale gdzie oni są, chy­ba powin­ni już tu być, a może war­sza­wa roz­kle­ko­ta­ła się na ament?

12:45

Orkie­stra gra, w oknach zja­wia się coraz wię­cej nie­cier­pli­wych sąsia­dów, mat­ka z sza­łem w oczach roz­glą­da się za samo­cho­dem bra­ta, a ja pod­sy­cam napię­tą atmos­fe­rę komen­ta­rza­mi w sty­lu „może zmą­drzał i uciekł. hehe­he, w koń­cu moja krew, hehe­he”.

12:50 

Wciąż ich nie ma, a ja robię się poiry­to­wa­na, bo sko­ro uciekł, to mógł cho­ciaż zabrać mnie ze sobą. Nie mam jak się z nim skon­tak­to­wać, bo jego tele­fon jest w mojej toreb­ce, a dru­żek nie znam nawet z imie­nia.

12:58

Pod­jeż­dża war­sza­wa, Basior moc­no poiry­to­wa­ny tłu­ma­czy nam, że jak już ruszy­li, dosta­li tele­fon od rodzi­ny pan­ny mło­dej, że mamy być naj­wcze­śniej na 13:00. Przy entu­zja­stycz­nych pal­cach orkie­stry uda­je­my się całym orsza­kiem na bło­go­sła­wień­stwo.

13:10

Świa­dek Moni­ki (jej brat) gdzieś prze­padł. Jesz­cze wczo­raj dowo­zi­li razem na salę wód­kę, dzi­siaj nikt nie może się z nim skon­tak­to­wać. Basior orga­ni­zu­je na bie­gu kum­pla i każe mu mieć w goto­wo­ści dowód oso­bi­sty. Na klat­ce zno­wu zatrzy­mu­je nas bra­ma, ale tym razem nie ma żad­nej scen­ki sytu­acyj­nej; jakieś mene­le z sąsiedz­twa wycza­iły moment i uda­ły się hur­tem po dar­mo­we flasz­ki. Nawet nie pofa­ty­go­wa­li się o ele­ganc­ki out­fit.

Jedzie­my pod kościół. Nikt nie rozu­mie, dla­cze­go tak wcze­śnie, sko­ro ślub zaczy­na się o 14. Foto­graf wyko­rzy­stu­je ten czas na macha­nie pseu­do­ar­ty­stycz­nych fotek ślub­nych w ple­ne­rze. Patrząc na to wszyst­ko z boku, oba­wiam się, że efekt koń­co­wy może być naj­wy­żej mier­ny.

13:15

Świa­dek Andrzej się odna­lazł. Godzi­nę wcze­śniej wró­cił z melan­żu. „Daj­cie mi chwi­lę, to się ogar­nę”. Jest pod­pi­ty i co chwi­le pyta mnie, co ma robić i gdzie stać. Raz za razem powstrzy­mu­ję swo­ją rękę przed zain­sce­ni­zo­wa­niem teatral­ne­go face­pal­mu. Cier­pli­wie tłu­ma­czę mu, że ma się tyl­ko pod­pi­sać w trzech miej­scach na papie­rach w kan­ce­la­rii, a potem wziąć mnie pod rękę i iść za pań­stwem mło­dych do ołta­rza. Pani­ku­je, jak­by ten cały ślub był jego. Odpa­la peta od peta, co chwi­le mi gro­zi, że zaraz zemdle­je.

14:00

Orga­ni­sta otwie­ra cere­mo­nię mar­szem wesel­nym. Andrzej się chwie­je i cią­gle par­ska śmie­chem. Ja prze­wra­cam ocza­mi i modlę się w duchu o siłę, żeby mu zaraz nie odwi­nąć w łeb drew­nia­nym klęcz­ni­kiem. Kaza­nie było ład­ne, jakieś takie ludz­kie, nie pom­pa­tycz­ne. Drżą­cy głos Basio­ra przy przy­się­dze mał­żeń­skiej wzru­sza mnie pra­wie do łez. Nigdy bym nie pomy­śla­ła, że mój brat kie­dy­kol­wiek się oże­ni. Sta­ło się, ksiądz ogła­sza ich mężem i żoną.

14:45

Zbie­ra­my się z kościo­ła na salę. Goście skła­da­ją mło­dej parze życze­nia. Andrzej poszedł do swo­ich, ja do swo­ich. Gdzieś w odda­li sły­szę męski głos: „Andrzej! ale masz pięk­ną świad­ko­wą, kto to jest?” „To jest Lena, sio­stra Basio­ra”. Uśmie­cham się, robi mi się słod­ko na ser­du­chu.

15:15

Mat­ka zaj­mu­je mi miej­sce wśród ludzi, któ­rzy raczej mnie nie tra­wią. Nawet dzia­dek sie­dzi gdzieś na koń­cu sto­łu, zde­cy­do­wa­nie za dale­ko ode mnie. Poda­ją obiad, minę mam nie­sym­pa­tycz­ną, cho­ciaż robię co mogę, żeby się uśmie­chać. Przy­my­kam oczy i stę­kam w duchu, że to będzie jed­na z naj­dłuż­szych nocy moje­go życia. Despe­rac­ko wypa­tru­ję tej czę­ści rodzi­ny, któ­rą uwiel­biam, a z któ­rą kon­takt mam tyl­ko przy tak wyjąt­ko­wych oka­zjach, czy­li śred­nio raz na dzie­sięć lat. Odnaj­du­je­my się wzro­kiem, oce­niam, czy jest wśród nich wol­ne miej­sce, korzy­stam z oka­zji, zabie­ram swo­je rze­czy i prze­sia­dam się do nich. Jestem ura­to­wa­na. Przez resz­tę impre­zy będę wśród ludzi, z któ­ry­mi spę­dzi­łam naj­pięk­niej­sze lata moje­go dzie­ciń­stwa. Widzie­li­śmy się trzy­na­ście lat temu, a oni nic się nie zmie­ni­li. Mój wspa­nia­ły wujek bie­rze mnie pod skrzy­dła i zapew­nia, że będę piła z nimi wód­kę do same­go koń­ca, ale zro­bi­my to tak, że o pią­tej rano wyj­dę stąd pra­wie trzeź­wa. Sie­dzi przy mnie całą noc, pole­wa mi wód­ki, ale tyl­ko do poło­wy kie­lisz­ka i śred­nio po dwóch każe mi coś zjeść, a potem cią­gnie na par­kiet i ze mną tań­czy. Z bólem dupy i nóg zasta­na­wiam się, dla­cze­go nie może być moim ojcem.

22:00

Idę z kuzyn­ką do orkie­stry rezer­wo­wać pio­sen­kę z dedy­ka­cją. Pano­wie, zamiast wziąć od nas dychę, zapra­sza­ją nas do swo­je­go sto­łu na dwa kie­lo­ny. Od sło­wa do sło­wa oka­zu­je się, że jeden z nich jest góra­lem, cho­ciaż tak napraw­dę to nie, i miesz­ka w Pie­ni­nach. Mówię mu, że pod samy­mi Pie­ni­na­mi mam kawał rodzi­ny, a on się cie­szy, jak­by odna­lazł brat­nią duszę i chce ode mnie numer tele­fo­nu. Wykrę­cam się kokie­te­ryj­nie, żeby nie zra­nić jego zaafe­ro­wa­ne­go ser­ca i peni­sa, ale on przez resz­tę nocy wyko­rzy­stu­je każ­dą oka­zję, by mnie zła­pać w dro­dze do toa­le­ty i zamie­nić ze mną kil­ka słów albo cho­ciaż zawo­łać mnie na uszach wszyst­kich po imie­niu.

22:30

Jakiś star­szy pan pod­cho­dzi do mnie i pyta, czy umiem mówić po angiel­sku. Na swo­je nie­szczę­ście odpie­ram, że umiem. Star­szy pan, jak się oka­za­ło ojciec jed­nej z dru­żek, sadza obok mnie narze­czo­ne­go swo­jej cór­ki, angli­ka, któ­ry nie rozu­mie ani sło­wa po pol­sku i naka­zu­je mi zająć go roz­mo­wą, bo ten się nudzi. Allen oka­zu­je się faj­ny, cho­ciaż tro­chę mi go szko­da. Nie zna tam kom­plet­nie niko­go, a jego kobie­ta sie­dzi przy sto­le pań­stwa mło­dych i ma go głę­bo­ko w dupie.

23:00–04:00

Piję, jem i tań­czę pod czuj­nym okiem wuj­ka. Świa­dek Andrzej, pod wpły­wem alko­ho­lu, robi się nostal­gicz­ny. Wyzna­je mi, że on w tym koście­le pra­wie zemdlał tak napraw­dę nie ze stre­su, tyl­ko na mój widok i że może zno­wu pój­dę z nim do ołta­rza, ale tym razem w bia­łej suk­ni. Na te sło­wa wtrą­ca się gwał­tow­nie Basior: „Andrzej, ja cię pro­szę, ty mnie nawet nie wkur­wiaj. Od mojej sio­stry wara”. Prze­wra­cam ocza­mi i lek­ko roz­ba­wio­na żuję bez­na­mięt­nie zim­ne­go kro­kie­ta.

4:30

Na sali są już tyl­ko ostat­ni wytrwa­li zawod­ni­cy. Obsłu­ga i orkie­stra modlą się w duchu, żeby­śmy wresz­cie poszli wszy­scy w piz­du. Wujek z nudów ostat­ni raz cią­gnie mnie na par­kiet. Nie dowie­rzam wła­snym uszom, bo na do widze­nia orkie­stra gra naj­bar­dziej znie­na­wi­dzo­ny prze­ze mnie kawa­łek — „kamień z napi­sem love”, a moja mat­ka aku­rat wte­dy uru­cha­mia tryb kame­ry w swo­im tele­fo­nie.

5:15

Samo­chód roz­wo­żą­cy gości do domu naresz­cie wra­ca i po nas. Basior bie­rze mnie na stro­nę, ści­ska i powta­rza do moje­go ucha:

- dzię­ki ci, Leniecz­ka. dzię­ki, dzię­ki, dzię­ki napraw­dę…
— nie ma za co, pole­cam się. Przy oka­zji następ­ne­go ślu­bu, hyhy­hy
— daj spo­kój. Nigdy, kur­wa, wię­cej.


6:00

Wcho­dzę do domu. Nie było tak źle. Oka­za­ło się, że mam cząst­kę praw­dzi­wej rodzi­ny, u któ­rej jestem mile widzia­na i może wkrót­ce ich odwie­dzę. Wujek dotrzy­mał sło­wa, mam się bar­dzo dobrze. Wysy­łam nowo­żeń­com smsa: „pew­nie w tym całym stre­sie nie usły­sze­li­ście, jak ksiądz zastrze­gał na kaza­niu, że dopó­ki nie zmie­ni­cie sta­tu­su związ­ku na fejs­bu­ku, ślub jest NIEWAŻNY!”. Przy­kła­dam gło­wę do podusz­ki i zni­kam. Budzę się koło 15:00, zer­kam do inter­ne­tów.

Basior jest w związ­ku mał­żeń­skim z użyt­kow­ni­kiem Moni­ka”.

Poszło, pękło, sło­wo się rze­kło. Oby ich życie było dobre.