polemika dawnego Plastika, czyli Lena, pisz odważnie cz. 2

Ostatnim postem przez przypadek rozpętałam egzystencjalną burzę w sobie – i w Was.
Zwróciłam się w nim m.in. do Agaty, wieloletniej czytelniczki moich dotychczasowych blogów, po moralnego kopa w dupę, a Agata stanęła na wysokości zadania i wspaniale mi odpisała (i moralnie dokopała!).
Wrzucam Wam jej komentarz, a niżej moją chaotyczną próbę odpowiedzi.
Agata, obyś nie miała mi tego za złe! :)

Agata:

Od przedwczoraj (kiedy to przeczytałam Twój post w wannie, bo przecież skoro przelewy można robić podczas kąpieli, to czemu nie czytać blogów) myślę, czy napisać, czy lepiej nie. Ale chyba muszę, szczególnie, że zwróciłaś się do mnie bezpośrednio. I nie będę robić długich wstępów – powiem od razu, że tak, masz rację. I to jest coś, co zauważyłam już jakiś czas temu. I pewnie masz rację również z tym, że sporo się zmieniło z chwilą przejścia na własną domenę – podpisujesz się pod wszystkim oficjalnie i tak jak piszesz – mogą to przeczytać wszyscy, może to czytać Twój pracodawca, Twoi współpracownicy, Twój facet. A plastik-fantastik mogła pisać o wszystkim, o wszystkich, nie przebierając w słowach. Mogła narzekać w dziesięciu wpisach, ale robiła to tak, że na ten jedenasty, choćby też miał być pełen narzekania, też się czekało. Zero przejmowania się co ludzie pomyślą, momentami brutalna lub przejmująca szczerość, momentami słowotwórstwo tak rozbrajające, że zdarzyło mi się śmiać przez kolejny tydzień.

Nie czytam już blogów. Kiedyś czytałam dużo, teraz czytam tylko Ciebie, bo u Ciebie zawsze było inaczej. Ale trochę już nie jest i nie mówię tego złośliwie, nie uważam też, że wszystkie zmiany są złe. Tylko właśnie, nie czytam blogów, bo wszystkie są takie same. Im większe są i im więcej mają czytelników, tym więcej mają też naśladowców. Zwróciłam na to uwagę po raz pierwszy parę lat temu obserwując kilka szafiarek, które w pewnym momencie zaczęły mi się mylić, bo co z tego że twarz inna, jak wszędzie te same ciuchy z Bershki i Zary. I coś podobnego zauważyć można jeśli chodzi o pisanie. O styl, tematykę i całą tego otoczkę w social mediach. Co z tego, że zdarzy mi się raz na jakiś czas przecztać kilka wpisów na jakimś blogu, skoro to pisanie jest najczęściej tak zwyczajne i tak przezroczyste, że za godzinę nie pamiętam nic? Mam wrażenie, że wszyscy piszą według tych samych podręczników czy poradników. Ma być przystępnie, ma być dużo i często, ma być wszędzie o tym samym, żeby było aktualnie. Byle tylko fejm się zgadzał. A ja się czuję jakbym wszędzie czytała tę samą osobę.

Zwróciłam się aż z tego wszystkiego do źródeł i poczytałam Twoje stare wpisy na ownlogu i na blogspocie wcześnie, jeszcze anonimowo. „Kim jest plastikova od lat parodiująca swoje życie na blogu?”. Teraz już mniej więcej wiem, ale ta tajemnicza dziewczyna z Krakowa bez konkretnej twarzy, którą można dopasować do liter, miała swój urok. A teraz wiem nawet jak wygląda i czym się zajmuje Twój chłopak i trochę mnie jednak przeraża ta wiedza (tzn. to że ją w ogóle mam, bo internet się przewrócił do góry nogami i stał się paradoksalnie miejscem dużo mniej prywatnym niż real).

Trochę tej starej Dajany jeszcze w nowej Lenie jest. Tylko nie zakop jej tak całkiem pod tym nowym życiem, bo mimo że zmiany są nieuniknione i potrzebne, to trochę słabo byłoby zgubić siebie po drodze i być jak wszyscy, pisać jak wszyscy.
(…)

pełna wersja komentarza Agaty pod tym wpisem

Lena: 

Zaczęłam czytać Twój komentarz w pracy, potem czytałam dalej na klatce schodowej, gdzie prawie wybiłam sobie zęby, a potem z powodu tego komentarza aż sobie klapłam dupeczką w tramwaju na najprawdziwszym siedzisku (nigdy, przenigdy nie siadam w tramwajach/autobusach. No chyba że siadam, to wtedy tak).

Myślałam, że ja po prostu wpadam w jakąś paranoję w stylu „ojezu lena, o co ci chodzi, no przecież piszesz i już”. A Ty mi uświadomiłaś, że moja paranoja ma uzasadnienie i za to stokrotne dzięki. Może jeszcze pamiętasz, że wbrew mojej aktualnej mimozie ja naprawdę uwielbiam szczerość, a teraz o nią cholernie trudno. I to za tę szczerość właśnie Ci dziękuję.

Wiem że mam jakiś problem, jakąś blokadę, ale nie potrafię jej do końca zidentyfikować. Nie potrafię ze sobą ustalić, czy to wtedy coś udawałam, a teraz jestem sobą, czy odwrotnie. Czy może dorosłam i zrobiło mi się głupio pisać tak otwarcie, wprost. Plastik na blogu prawie nigdy nie miała takich chwil słabości, jakie mam tutaj, ale to wcale nie znaczy, że nie miała ich wcale. To był blog do poprawiania sobie nastroju. Tylko że utworzył mi się tam z czasem wizerunek, z którego nie do końca byłam zadowolona – złośliwej blond pindy, która niby wyśmiewając innych, wyśmiewa siebie samą. Pełno było we mnie jadu, którego dzisiaj już nie ma.

Wtedy jak się trafił zarzut, że jestem nienormalna i do tego grafomanka, moja odpowiedź prawie zawsze wyglądała tak samo: „spierdalać, spierdalać, to moja pisanina!!!!1jeden”.

A dzisiaj: „Dzień dobry, bardzo przepraszam że istnieję, proszę opuścić mojego bloga”.
No i tak mi zostało.

Zresztą; wiem, że zazwyczaj jesteś na bieżąco z moim IgStories. Jak się na to patrzę z boku, to myślę sobie „czizas lena, weź dorośnij, co ty sobą reprezentujesz, ludzie patrzą, kotem im po oczach świecisz, myślisz że ten żart vogle był spoko?”…i zaraz potem idę pisać poważnego posta na bloga, żeby się nieco we własnych oczach zreflektować.

Nie wiem, gdzie się u mnie zaczyna odwaga i czy jest warta zachodu. Nie czaję też postów, które pisałam lata temu. To były zajawki, wrzutki takie, fragmenty, jakie teraz łota się nałogowo na fejsbuku. Tych dzisiejszych postów nie czaję tak samo. Dopóki się nie napiszą, nawet nie wiem, że je mam w sobie.

W moim „zawodzie”, albo raczej kierunku, w który celuje, wizerunek w sieci jest cholernie ważny i przypuszczam, że to dlatego tak silnie walczę z tą wiecznie rozchichotaną blond kozą.

Ja się absolutnie zgadzam, że te dzisiejsze blogi, z małymi perełkami-wyjątkami, po równo są takie same – z moim blogiem na czele. Z tą różnicą, że ja dalej jadę na darmowym szablonie i to się prędko nie zmieni, bo jestem skąpa i uwielbiam gapić się na pustą przestrzeń.

Ale to, co wkurza mnie najbardziej, to tendencja do błyskawicznej oceny całego bloga i osoby, która za nim stoi, zaledwie przez zerknięcie na kilka ostatnich wpisów na fejsbuku, twitterze czy instagramie. Przy tym zalewie informacji i wysypie nowych blogów i blogerów jest to nieuniknione, ale tym niemniej – cholernie przykre i frustrujące.

Nie wiem, co ja takiego wtedy miałam, że pisałam tak, jak pisałam. Młodość, lekkość, beztroskę? Czy pisanie może dorosnąć, czy to tylko człowiek, który pisze, się zmienia?

Dzięki, A. za Twoją odpowiedź, naprawdę. Dała mi do myślenia co najmniej na cały wieczór, a może nawet i na jutrzejszą sobotę pracującą! Nie wiem jak się dokopałaś do starych źródeł moich blogów, ale postanowiłam tematu nie zgłębiać, bo jak ja się dokopię, to pewnie tej nocy utonę we łzach młodocianych wspomnień i żadna siła, ludzka ani pikselowa, nie zwlecze mi rano dupska do pracy.

  • Cześć. Nie znam Cię z ownloga, ba, nie znam Cię nawet teraz, gdy piszesz pod własną domeną, ba, jestem u Ciebie pierwszy raz, ale temat wydał mi się ciekawy, stąd swoje trzy grosze zostawiam ;) Debiutowałam jako blogerka na bloxie lata świetlne temu. Teraz wchodzę tam rzadko, w zasadzie dla kilku osób, które postanowiły zostać wierne gazecie.pl, a ja na gazetę i jej archaiczną formę blogów się wypięłam. Potem miałam dwa długie epizody na blogspocie. Potem odpoczywałam od blogowania ponad rok. Z ostatniej platformy odeszłam, bo trochę wyczerpała mi się formuła, a trochę miałam dość, że coraz więcej znajomych (i to tych wcale nie takich bliskich) mnie czyta. Coś mnie przyblokowało, coś osaczyło, a słowa zaczęły grzęznąć w gardle. Nie żebym jakaś piśmiennie pyskata była, co wrzuca wszystkim jak popadnie, a sama własne życie odziera z intymności, nie nie, ale mimo wszystko czułam, że każdy wpis idzie jak po grudzie, że nie do końca jestem sobą, że gdzieś na tyłach czerwona lampka pulsuje w dziwnych rytmach. Zrobiłam sobie przerwę i wróciłam w nowych szatach ;) Nie sugeruję, byś zrobiła to samo, daleka jestem od wszelkich rad w tej materii, tak tylko chciałam się podzielić po blogersku ;)
    Pozdrawiam, Monika.

  • Z tym zakopywaniem się pod kołdrę to mamy tak nawet całkiem podobnie. Z tym doradzaniem i introwertyzowaniem w zasadzie też :)

  • Pacz, miesiąc musiałam grzebać się myślami w przeszłości, żeby wziąć głęboki oddech i Ci odpisać. Myślę, że pokora to całkiem miła dla mojej znerwicowanej niepewności diagnoza :)
    A Ciebie gdzie jeszcze, o ile w ogóle, można przeczytać?

  • Chyba każdy myślący i piszący myśli o tym, o co się zmieniło, że kiedyś pisał odważniej, a potem… po prostu pisze? Doskonale pamiętam moment, w którym zaczęłam bawić się słowami (choć one same fascynują mnie jeszcze dłużej) świadomie, tworząc coś na kształt wierszy (które teraz doprowadzają mnie do śmiechu przez łzy). Pamiętam emocje, które towarzyszyły mi przy tworzeniu. Teraz dotyka mnie to tylko od czasu do czasu i często zastanawiam się: dlaczego? Nie mówię tu o aktywności blogowej, bo ta nie jest dla mnie polem twórczości, a lekkim oderwaniem od rutyny. Z wizerunkiem w sieci, o którym piszesz, jest mi totalnie nie po drodze – mój introwertyzm przeszkadza. Mogę innym radzić, jak to robić, mogę prowadzić firmowym kontem na fb, ale o siebie zadbać nie umiem. Wolę zakopać się pod kołdrą.

  • sajko

    dupeczko, spokorniałaś. za dużo przyjmujemy z wiekiem do wiadomości. za mało wymagamy od świata, by był oprawkami różowych okularów, a nie najsprawniej trzymającymi w nich śrubkami. tylko to nie tłumaczy czemu jesteś jedyną osobą, którą od tylu lat czytam z takim przejęciem. może dlatego, że pokora to tylko dostosowanie się do otoczenia, nie zmiana temperamentu.