pani Dalloway powiedziała, że sama kupi kwiaty

Są na tym świe­cie trzy kobie­ty, któ­re od zawsze mnie fascy­no­wa­ły: Mari­lyn Mon­roe, Vir­gi­nia Woolf i Mari­na Abra­mo­vić*. Łączą w sobie trzy cechy, któ­re moim skrom­nym zda­niem sta­no­wią peł­nię kobie­ty — pięk­no, inte­lekt i artyzm łama­ny przez popa­prań­stwo. Masz racje, powyż­sza opi­nia jaw­nie zde­ma­sko­wa­ła moją płyt­kość widze­nia świa­ta, ale to tyl­ko ja — mnie się takie rze­czy wyba­cza. 

Korze­nie mojej wiel­kiej przy­jaź­ni z Vir­gi­nią są mi do tej pory nie­zna­ne. Nie było tak, że pew­ne­go dnia ktoś mi w szko­le zadał wypra­co­wa­nie o femi­ni­zmie albo że posta­no­wi­łam zostać les­bij­ką i w związ­ku z tym poszu­kać na ten temat inspi­ra­cji w lite­ra­tu­rze. Nic z tych rze­czy. Od zawsze coś się tam wie­dzia­ło o Vir­gi­nii, mia­ło się na tape­cie jej książ­ki, na któ­re zawsze bra­ko­wa­ło cza­su, było się zain­try­go­wa­nym jej haczy­ko­wa­tym nosem i tym, co też w sobie kry­je ta z pozo­ru suro­wa twarz. Ale osta­tecz­ne star­cie przy­szło nie­spo­dzie­wa­nie. Był sobie ponu­ry dzień, a wraz z nim ponu­ra Wade­ra. Ponu­rość dnia w połą­cze­niu z ponu­ro­ścią Wade­ry spo­wo­do­wa­ły chęć obej­rze­nia ponu­re­go fil­mu. Padło na Godzi­ny.

Nie pamię­tam za bar­dzo moich fil­mo­wych odczuć, a to bar­dzo dobrze. To zna­czy, że prze­ży­wa­łam wszyst­ko całą sobą, bez zasta­na­wia­nia się, czy mi się podo­ba, czy nie. Każ­da kolej­na sekwen­cja była dla mnie tak oczy­wi­stym dopeł­nie­niem sekwen­cji poprzed­nich, że wyda­wa­ło mi się, że nie tyl­ko ten film oglą­dam, ale jed­no­cze­śnie go reży­se­ru­ję. Trzy kobie­ty, trzy świa­ty, trzy kłam­stwa, jeden dzień. Był tyl­ko jeden moment w fil­mie, któ­ry ziry­to­wał mnie do gra­nic moż­li­wo­ści — nagle puści­li napi­sy i musia­łam pofa­ty­go­wać się z wygod­nej miej­sców­ki przed tele­wi­zo­rem po pilo­ta, żeby odtwo­rzyć go raz jesz­cze.

Jestem skraj­na. Może nawet skraj­nie roman­tycz­na. Na swój wła­sny, pokracz­ny spo­sób, oczy­wi­ście. Albo prze­ży­wam wszyst­ko za bar­dzo, albo nie prze­ży­wam tego wca­le. Po sean­sie w popło­chu odpa­li­łam kom­pu­ter i posta­no­wi­łam prze­czy­tać cały Inter­net w kon­tek­ście Vir­gi­nii Woolf i obej­rza­nych Godzin. Od stro­ny do stro­ny oka­za­ło się, że nie dość, że film jest na pod­sta­wie książ­ki (no shit, Sher­lock…), to jesz­cze ta książ­ka zosta­ła zain­spi­ro­wa­na inną książ­ką. I to jest ten moment, kie­dy osią­gam stan kul­tu­ral­nie przed­or­ga­zmicz­no-kathar­si­stycz­ny. No bo jest film. I w tym fil­mie jest książ­ka, na pod­sta­wie któ­rej powsta­je książ­ka o książ­ce w książ­ce, z któ­rej rodzi się film! Wha­aaat.…

Ten podzie­się­cior­ny mind­fuck, dzi­kość ser­ca i głód docie­kli­wo­ści pode­rwał wów­czas dupecz­kę Wade­ry sprzed kom­pu­te­ra i zmu­sił ją do spiesz­ne­go uda­nia się do pobli­skiej biblio­te­ki. Zero maki­ja­żu, wczo­raj­sze wło­sy, cał­kiem moż­li­we, że w ramach out­fi­tu pidża­ma, nie wiem nawet czy zdą­ży­łam umyć zęby — wszyst­ko to kom­plet­nie nie mia­ło zna­cze­nia. Mia­łam cel. Jeden, pięk­ny, szczyt­ny cel. Biec przed sie­bie. I nie zatrzy­my­wać się. Biec tak dłu­go, aż dobie­gnę do biblio­te­ki…

Czy­li jakieś pięć sekund w pory­wach do sied­miu, bo tak się skła­da, że biblio­te­kę mia­łam w blo­ku na prze­ciw­ko.

Jakaż była moja radość, gdy uda­ło mi się od razu dorwać obie pozy­cje! Byłam bli­ska rzu­ce­nia się w ramio­na biblio­te­kar­ce i wyzna­nia jej dozgon­nej miło­ści. Do domu wra­ca­łam z obłę­dem w oczach, cza­jąc się uli­cą niczym wygło­dzo­ny kot, któ­ry dostał cyn­ka, z któ­re­go okna sąsiad­ki rzu­ca­ją dzi­siaj suro­wą woło­win­kę. I nad­szedł wresz­cie ten moment, kie­dy trze­ba było zde­cy­do­wać, któ­ra pozy­cja idzie na pierw­szy strzał. Vir­gi­nia czy Micha­el, Vir­gi­nia czy Micha­el, Vir­gi­nia­Mi­cha­el, Vir­gi­nia­Mi­cha…

Pani Dal­lo­way powie­dzia­ła, że sama kupi kwia­ty

Zatem Vir­gi­nia.

A potem roz­sy­pa­łam się na tysią­ce roze­dr­ga­nych kawa­łecz­ków i chla­sta­łam nimi swo­je żąd­ne lite­ra­tu­ry pięk­nej, wzru­szo­ne do gra­nic moż­li­wo­ści ser­ce. Nasta­ła noc, stę­ża­ło powie­trze, sło­wa uci­chły. Tyl­ko jakiś nie­czu­ły komar mani­fe­sto­wał natręt­nie swo­je pożą­da­nie.

Na two­im miej­scu z punk­tu pomy­śla­ła­bym sobie: no i co z tego? Po co czy­tać o jakichś zba­bia­łych babach, któ­re — jak to baby — nie mają poję­cia, cze­go od życia chcą, mio­ta­ją się w tych swo­ich bab­skich umy­słach i na każ­dym kro­ku robią z igły widły, a na doda­tek wszyst­ko wska­zu­je na to, że są les­bij­ka­mi? Bo to zupeł­nie nie tak. A nawet jeśli, to i tak spró­buj i prze­ko­naj się o tym na wła­snej skó­rze. I koniecz­nie popeł­nij mój błąd, bo jak dotąd oka­zał się jed­nym z lep­szych błę­dów moje­go życia: nie zaczy­naj od począt­ku, zacznij od koń­ca. Nie zapo­zna­waj się naj­pierw z dzie­łem Vir­gi­nii, któ­re było Począt­kiem Począt­ku. Obej­rzyj film, prze­czy­taj Panią Dal­lo­way i wróć do książ­ki Godzi­ny. A potem dowiedz się wszyst­kie­go o Vir­gi­nii Woolf, zachły­śnij się jej inte­lek­tem, prze­czy­taj wszyst­kie bio­gra­fie na jej temat i wszyst­kie jej książ­ki, naj­le­piej w ory­gi­na­le!, napisz pra­cę nauko­wą o tym i o tam­tym, opo­wia­daj każ­de­mu, bez wzglę­du na to, czy zechce, czy nie zechce cię słu­chać, że zato­ną­łeś wraz z Vir­gi­nią. Zato­ną­łeś w Vir­gi­nii, w jej sło­wach, w stru­mie­niach jej świa­do­mo­ści.

Ja mam taki plan. Ale zacznę go wdra­żać dopie­ro jutro. Dziś już nie dam rady. Dziś myślę już tyl­ko o tym, żeby wziąć prysz­nic i poło­żyć się spać.

* Post obcho­dzi dzi­siaj swo­ją dwu­let­ni­cę; pier­wot­nie opu­bli­ko­wa­ny został na moim nie­ist­nie­ją­cym już blo­gu. Od tam­te­go cza­su do zacne­go gro­na moich ido­lek dołą­czy­ła tem­pe­ra­ment­na Oria­na Fal­la­ci, któ­rą zachwy­cam się i zachły­stu­ję co noc, tuż przed zaśnię­ciem. Ist­nie­je ryzy­ko, że nie­ba­wem ci o niej opo­wiem.