jesień. oddział otwarty dla hormonoiczek

jesień na oddziale

– halo, mamo? No, słuchaj, ja jednak zjem to spaghetti, bo okazało się, że mój chłopak ma już dziewczynę i moje życie właśnie straciło sens
– ale że…
– no, to pa!

*piiiip, piiiip, piiiip*

Lubię jesień, bo to ten moment w roku, kiedy mogę odetchnąć z ulgą i schować się w wielkim swetrze przed spojrzeniami innych. I mogę sobie narzekać, że jak wychodzę z pracy, to robi się już ciemno, i że jak do niej idę, to w zasadzie też. I nie muszę się przejmować, że nie mam sylwetki bikini, bo przecież do lata kupa czasu i jeszcze nie raz zdążę ją zrobić, i tyle samo razy zdążę ją też zniweczyć. Jestem kobietą, wszystkie chwyty dozwolone.
* * *
Leżę w szpitalu zawieszona gdzieś pomiędzy jawą, a snem (nie, to nic poważnego, śmiertelnego, ani zakaźnego, nie zamierzam też za dziesięć postów prosić Cię o datki na leczenie), obok mnie Kirył żeruje na moim laptopie. Podają mi dziwne leki, po których jestem średnio sensowna, a rzeczywistość dociera do mnie w zmienionych kształtach. Kirył przetwarza mi ją wersalikami na trochę bardziej zrozumiałą.

– Kirył, czy ja śpię?
– Tak, głęboko, jakbyś w ogóle nie istniała.
– A co mi się śni?
– Barcelona – odpowiada bez zawahania. – Albo wilki. Albo wilki w Barcelonie. No i moja klata, oczywiście.
– Nie rozumiem. Opowiedz mi coś.

Kirył jest jedyną istotą, jaką znam, która na hasło „opowiedz mi coś” bez zastanowienia zaczyna snuć randomową historię. Nigdy nie pyta, co chciałabym usłyszeć, ani co mnie interesuje, nie wykręca się też, że u niego to w zasadzie nic się nie dzieje i nie ma o czym opowiadać. Jak na komendę – zaczyna po prostu mówić:

Jechałem dzisiaj po ciebie tramwajem. Na przystanku leżał zdechły gołąb, nad którym tańczył inny gołąb i robił głośny aj waj. Dziobał go, szturchał pazurami, łopotał skrzydłami, jakby nie mógł się pogodzić z jego śmiercią i na wszystkie sposoby próbował go ocucić. Stałem tam i dziękowałem w duchu opatrzności za to, że cię tu nie ma. Bo jak cię znam, to siadłabyś przy tych gołębiach i lamentowała, że może da się coś jeszcze dla nich zrobić, nie wiem, zorganizować jakiś charytatywny koncert na przeszczep płuc dla tego zdychającego nieszczęśnika albo chociaż wydarzenie na fejsbuku, które otworzy masom oczy na cierpienie krakowskich gołębi. A przecież one są takie głupie, że uciekają na piechotę spod tramwajów! Bo ty właśnie jesteś taka dupiara dałniara; człowieka jeszcze byś dobiła, a gołębiowi pierwsza polecisz robić usta-usta. A potem to ja się muszę za ciebie wstydzić, świecić oczami i tłumaczyć obcym ludziom, że jesteś na silnych prochach przeciwbólowych. Że te prochy do reszty znieczuliły ci umysł i nadmiernie uwrażliwiły na ptactwo, które w ramach rozrywki sra na potęgę po całym Krakowie.