od zera do turboprzechuja, czyli dlaczego warto uprawiać lekką prostytucję

oriana fallaci
Lubimy przytłaczać się sukcesami innych. Lubimy zazdrościć, kręcić nosem z zażenowaniem, kiedy dociera do nas, że ktoś znowu spełnia nasze pieczołowicie utkane marzenia. Scrollujemy w nieskończoność fejsbuki, pinteresty, instagramy. Podziwiamy, inspirujemy się, szukamy. Złościmy się, że przecież to takie proste, takie oczywiste, takie do zrobienia, do osiągnięcia, do zrealizowania; dlaczego, do cholery, wciąż jestem tu gdzie jestem, a nie tam, gdzie są ci wszyscy Wielcy Oni? Zapominamy, że za każdym z nich stoi jakaś historia. Zapominamy, że większość tych Wielkich zaczynała od Wielkiego Zera. Czyli dokładnie tam, gdzie byliśmy kiedyś i ja, i Ty, i inni.

Oriana Fallaci, zanim stała się jednym z najsłynniejszych i najbardziej charyzmatycznych dziennikarzy politycznych (forma męska zamierzona), żyła w faszystowskich Włoszech i razem z rodzeństwem nie miała nawet butów. Dopiero za pieniądze otrzymane od państwa za działalność w ruchu oporu, ufundowała sobie i siostrom po jednej parze. Pisania odradzali jej wszyscy, a pisania o polityce – czyli jej wielkiej pasji – już najbardziej. Ale uparła się. I poszła po swoje.

Walt Disney ze swojej pierwszej pracy został szybko zwolniony, bo według jego przełożonego brakowało mu wyobraźni i dobrych pomysłów. Walt Disney. Brak wyobraźni. I dobrych pomysłów. SERIO.

Steve Jobs – wiemy o tym wszyscy – zaczynał w garażu. Rzucił studia jeszcze zanim je na dobre zaczął, a potem mój komputer otrzymał na jego cześć na imię Stefan. (Oczywiście, że to jego największy osobisty sukces. Mój też).

Coco Gabrielle Chanel, zanim zdobyła władzę nad światem mody, dorabiała na tzw. „lekkiej prostytucji”. Była swoim własnym alfonsem, ale w jej czasach, w dodatku w Paryżu, uważało się to za powszechne i wbrew pozorom całkiem sensowne rozwiązanie dla samotnych panien.

Ojciec jej nie chciał, matka zmarła, gdy Coco miała 9 albo 11 lat (życiorys ma tajemniczy i do dzisiaj dla biografów momentami nie do końca jasny), wychowywały ją siostry zakonne, które na każdym kroku przypominały jej, że jest „dzieciakiem z datków”, ergo dzieciakiem nikomu niepotrzebnym i nic nie wartym. Zaczęła od projektowania minimalistycznych kapeluszy, czyli poszła pod prąd, bo wtedy pojęcie „mniej znaczy więcej” było przecież jak strzał w mordę od plebejuszy.

Einsteina mieli za skończonego idiotę, bo do czwartego roku życia nie mówił, a czytać nauczył się dopiero w wieku lat siedmiu, czyli wtedy, gdy ja zaczynałam pisać swój pierwszy poważny pamiętnik. (Taki wiesz, o bólu istnienia i trudach życia w zerówce, gdy średnio co drugą stronę miałam nowy obiekt szaleńczych ślinotoków i westchnień.)

Thomas Edison zakończył edukację na podstawówce, z której go wyrzucono, bo nie odrabiał pracy domowej i zadawał zdecydowanie za dużo pytań. Totalnie zrozumiałe – kto normalny zadaje w szkole pytania? Wszyscy dobrze wiemy, że instytucja szkoły jest tylko zbiorowym aktem barbarzyństwa dorosłych wymierzonym przeciwko boguduchawinnym dzieciom.

Sęk w tym, że każdy gdzieś zaczynał, a niejeden w chwili zaczynania miał o niebo gorzej, niż Ty masz teraz. I zawsze idzie o tę jedną rzecz: pozytywny upór. Ale też o wiarę w samego siebie. I ociupinkę szczęścia. Nawet jeśli zamierzasz teraz pokręcić nosem na hasło „ociupinka szczęścia”, powiem Ci z autopsji – to szczęście jest wypadkową pozytywnego uporu, wiary w to, co chcesz robić i otwartej łepetyny na świat. Koniec końców, ociupina szczęścia się pojawi – choćby w formie samospełniającej się przepowiedni. Tak po prostu jest skonstruowany nasz mózg i właściwie cały Wszechświat.

Najlepsze jest to, że uwielbiam przekonywać innych do powyższych racji na tryliard sposobów, a potem i tak robię wszystko odwrotnie. I wierzę we wszystko odwrotnie.

Blondynki z warkoczami już chyba tak majo.