obiecanki macanki, a głupiemu stoi

Jestem zazdro­sna, ale świat trzy­mam w nie­wi­dzial­nej pocze­kal­ni. I nie pozwa­lam się dotknąć, bo dotyk jakoś tak natu­ral­nie zwia­stu­je pierw­sze miej­sce w kolej­ce. Uże­ram się i zała­mu­ję ręce nad tymi, co nie potra­fią grać ze mną ani w kla­sy ani w iro­nię.

Napraw­dę jesteś ucie­le­śnie­niem wszyst­kie­go, cze­go kobie­ta ma odwa­gę szu­kać w męż­czyź­nie. Nie jesteś dosko­na­ły — cały twój urok zako­do­wa­ny jest wła­śnie w tych sło­wach. A może jesteś, tyl­ko pró­bu­ję cię uczło­wie­czyć i dla spo­koj­ne­go snu zna­leźć parę dziur w całym.

Dopie­ro potem zaczy­na­ją się scho­dy. Jak rzu­casz dupą, bo zupa jest w ogó­le nie­sło­na. Jak robisz dziw­ne miny, kie­dy coś idzie nie po two­jej myśli i wiem, że do koń­ca dnia będziesz osten­ta­cyj­nie mil­czą­cy, w naj­lep­szym razie — mono­sy­la­ba­mi pomru­ku­ją­cy.

Sprze­da­jesz mi natu­rę w tok­sy­nach.
Cukru cho­ciaż tro­chę dodaj.