o pięciu książkach, które złamały mi serce

o książkach
 Jako prosta (żeby nie powiedzieć wręcz prostacka) Wadera jestem idealnym targetem dla działaczy marketingowych, zwłaszcza w zakresie filmu i literatury. Co tu dużo gadać, wystarczy mi wmówić, że jeszcze nigdy nie oglądałam tak fantastycznie skrojonej fabuły albo nie czytałam książki z tak wyrazistymi postaciami, albo że po zapoznaniu się z daną historią nie będę w stanie się pozbierać przez miesiąc i od razu polecę z wywieszonym jęzorem do kina czy biblioteki, żeby na własnej skórze się o tym przekonać. Szukam oczyszczenia i nirwany gdzie popadnie. Niestety, weryfikacja moich poszukiwań często-gęsto odbija się z wielkim łoskotem od ściany rzeczywistości, a potem jeszcze długo liżę swoje rany i czuję się bestialsko oszukana. Zabiorę Cię teraz w długą i zawiłą podróż po katakumbach mojego wilczego serca i opowiem co nieco o pięciu połkniętych książkach, które do dziś stoją mi kołkiem w gardle i zostawiają na języku gorzki posmak rozczarowania.

Zanim zacznę narzekać, mam ogromną prośbę. Nie sugeruj się moim złamanym sercem i nie rezygnuj z poniższych pozycji, bo mój gust literacki – umówmy się – jest mocno skrajny. Potrafię zachłystywać się książkami naukowymi, Pogardzać Pogardliwą Pogardą pozycjami Najwyjątkowszymi i jednocześnie smarkać tęczowymi śpikami i tarzać się w smutku na co drugiej stronie S@amotności w sieci. Cztery na pięć z poniższych pozycji na LubimyCzytac.pl ma ocenę powyżej 7, czyli bardzo świetną. Istnieje duża szansa, że te książki rzeczywiście są świetne. Tyle tylko, że nie spełniają neurotycznych wymogów Wadery.

To co? Jedziem?

Sylvia Plath – Szklany klosz
To prawdopodobnie okrutne, co powiem, ale dla mnie ta książka była prostą opowiastką o prostej dziewczynie, która wbrew pozorom ma o sobie wysokie mniemanie, ale lubi się nad sobą trochę poużalać. Pokuszę się nawet o jeszcze więcej tyranizującej okrutności: śmiem twierdzić, że popularność tej pozycji opiera się w dużej mierze na samobójczej śmierci autorki popełnionej w miesiąc po premierze, zwłaszcza, że jest to książka na poły autobiograficzna. Jako Książkofile lubimy nurzać się w takich EMOcjonujących historiach i moim zdaniem to przede wszystkim stąd bierze się szeroki zachwyt nad publikacją. Może na tamte czasy była ucztą dla literackiego serca, a poziom mindfucku przekraczał dopuszczalną wówczas normę, ale ja dzisiaj wymagam chyba czegoś więcej, czegoś mocniej, czegoś bardziej. Z jednej strony płaskość języka zwiększa dramaturgię, ale z drugiej? Gdybym chciała czytać płaskim językiem o wielkich historiach, to przeczytałabym od deski do deski swojego bloga i doznałabym podobnie płaskich wrażeń literackich. A nie o to tutaj chodzi.

Przypuszczalnie odbiór Szklanego klosza został zdewastowany przez moje własne oczekiwania – liczyłam na mocne pierdolnięcie, po którym przez długi czas nie będę mogła się pozbierać, a gdy już to zrobię, osiągnę stan nieskończonej nirwany. Mimo wszystko mam w planach do niej wrócić i w odmiennym miejscu i czasie spojrzeć na nią przychylniejszym okiem. A nuż na innymi etapie życia odnajdę się w jej świecie.

William Wharton – Tato
Z Whartonem sprawa ma się dziwnie. Ilekroć się za niego zabieram, popadam w stan dziwnej irytacji. Najpierw był Ptasiek, który w moim mniemaniu był nawet całkiem spoko. Mam tendencję do oceniania książek po ilości stron: im więcej, tym zdecydowanie lepiej, więc nie mogąc się zdecydować na drugą książkę tego autora, wybrałam Tatę, bo to podobno obok Ptaśka najlepsze jego dzieło i bo – no właśnie – z wszystkich dostępnych na półce ta miała najwięcej stron.

Shame on you, Wadera! Soooo pathetic!

No i masz, Wadero, placek. Pozycja co najmniej przygniatająca.

Nie wiem, o co chodzi z tym całym Whartonem. Z Ptaśkiem naprawdę się zasymilowałam, z Tatem jakoś nie mogłam. Książka aż cuchnie starością i ludzkim przemijaniem. W trakcie jej czytania czułam nieustanny zapach szpitalu, śmierci i samotności. Może chodzi też o to, że Tato, koniec końców, bez szczególnego spojlerowania jest – obviously! – o tacie, a ja, w wyniku prywatnych zawirowań, nie uznaję przecież czegoś takiego jak Instytucja Ojca. Wierz mi, mogę się mylić.  Zabierałam się za tę książkę przynajmniej dziesięć razy i Tato zawsze wygrywał ze mną walkowerem. W ciągu roku ruszyłam może o pięć stron do przodu, ale na więcej nie miałam ani sił, ani tym bardziej ochoty. Chyba nie dojrzałam jeszcze do tej pozycji.

Candace Bushnell – Seks w wielkim mieście
W życiu nie czytałam tak idiotycznej książki, a uwierz mi, czytałam tony idiotycznych książek.
Dorwałam swój egzemplarz na jednej z edycji Drugiego Życia Książki i puściłam ponownie w obieg na kolejnej, patrząc z ciężkim sercem na panią, która go sobie przywłaszczyła. Wiem na pewno, że była do głębi rozczarowana, iż taka książka zajęła miejsce innej, być może o siódme nieba doskonalszej.

Czytając, miałam wrażenie, że z braku pomysłu na dobry shit autorka swoją pierwszą książkę postanowiła napisać w ten sposób: przygotowała sobie całą swoją kolekcję durnych babskich pisemek, wycięła z nich pojedyncze słowa lub zdania, wrzuciła do szklanej kuli, a potem z zamkniętymi oczami losowała po jednym świstku i przyklejała do zeszytu. Następnie to zeskanowała, wydrukowała, zbindowała, walnęła na okładkę Sarę Dżesikę Parker i tak powstał Największy Gniot Na Świecie. Nie wiem, jakim cudem na podstawie tegoż Gniota powstał jeden z fajniejszych seriali moich lat młodzieńczych, który kiedyśtam był motorem sprawczym do pisania w ogóle czegokolwiek, w tym bloga. Warto też nadmienić, iż ja – 22 letnia Wadera* – wiem znacznie więcej o seksie niż ta plus pięćdziesięcioletnia kobitka i to wbrew pozorom nie mnie stawia w złym świetle, tylko ją. Też należę na FB do grupy „nie znam się, to się wypowiem”, ale bez przesady.

David Nicholls – Jeden dzień
Piękna historia, naprawdę. Banalna i w ogóle, ale ma swój potencjał. Jest w niej coś, co mnie urzeka, ale, cholera, przeklinam dzień, w którym postanowiłam przeczytać ją po polsku. Identycznie jak w przypadku Szklanego klosza, polskie tłumaczenie doprowadziło mnie na sam brzeg rzeki Piedry, gdzie mentalnie usiadłam i zapłakałam!
Dex i Em, Em i Dex. Historia jakich wiele, prawdopodobnie znowu przerosły mnie moje własne oczekiwania. Pierdolnięcie niewątpliwie było, nie zdradzę jakie, na wypadek, gdyby byli tutaj jacyś cyberludzie, którzy o nim jeszcze nie słyszeli, ale całość oceniam jako „niewystarczającą”. Dawno nie odczuwałam takiego niedosytu po skończonej lekturze. Jakby mi ktoś wyrwał z końca przynajmniej kilka rozdziałów. Albo ze środka. Albo z początku. Brakowało przesądzającej sprawę, tłuściutkiej kropki nad „i”. I ta Emma taka na siłę idealistka i ten Dexter taki na siłę CoToJaNieJestem…

Pomimo wielkiego rozczarowania nadal czuję do nich sentyment i lubię ich wspominać jako literacką parkę doskonałą. Na swój pokrętny sposób, oczywiście. Żeby była jasność: nie mówię „nie”, mówię po prostu „nie wiem”, a to wystarczy, żeby mi złamać serce. Również planuję wrócić jeszcze kiedyś do tej pozycji i ponownie przekonać się, czy w tej trawie zapiszczały jakieś nowe emocje.

Carlos Ruiz Zafón – Gra Anioła
Łyknęłam tę książkę na siłę w nocy i szukałam w niej Cienia wiatru – pierwszy błąd, którego postaraj się po mnie nie popełniać, jeśli zdecydujesz się sięgnąć po drugą część serii Cmentarza Zapomnianych Książek przede wszystkim dlatego, że pierwsza porwała Cię bez reszty. Odkąd Adzik poleciła mi Cień wiatru, książka ta nieustannie rywalizuje o pierwsze miejsce na podium z samym Harrym Potterem. Szczęśliwie Harry nie z takimi łotrzykami dawał już radę i na podobne zuchwalstwa se ot tak nie pozwala.

Książka ma niewątpliwie parę fajnych momentów, takich momentów typowo zafonowskich, ale, nie oszukujmy się, nie ma co szukać Cienia wiatru w lekturze, która nie jest Cieniem wiatru, nawet jeśli jest jej oficjalną kontynuacją (której akcja, notabene, dzieje się PRZED akcją z Cienia wiatru! Ufff, te Labirynty Logiki Literatów…).

Postać głównego bohatera, zakochanego bez reszty w swojej twórczości, irytowała mnie z każdą kolejną stroną coraz bardziej. Odrobina pokory jeszcze chyba nikomu nie zaszkodziła, aaajt? Głupie pogadanki o niczym, mające wydłużyć dosyć wątpliwie skonstruowaną fabułę, również do mnie nie przemawiały, a te filozoficzno-teologiczne dywagacje o stworzeniu nowej religii wywoływały we mnie lawinę ustawicznego cmokania z niezadowoleniem. No nie wiem, Carlos, nie wiem. Trochę się chyba gniewamy. Gwoli ścisłości: książka absolutnie nie jest zła, ona jest wręcz bardzo dobra. Ale to nie to, co chciałam, a serce jak krwawiło, tak krwawi.

Więzień Nieba, będący trzecią (ale nie ostatnią!) częścią serii, nie wywołał we mnie kompletnie żadnych emocji, a to chyba jeszcze gorzej. Cieszyłam się z obecności Fermina i w zasadzie tyle. Za to Radoslavsky po przeczytaniu ostatniej strony zapytał niemalże z wypiekami na polikach „kiedy wychodzi kolejna część???!!”, a to znaczy, że było naprawdę DOBRZE!

Łał, jeszcze nigdy z taką szybkością nie udało mi się napisać posta. Zajęło mi to mniej niż trzydzieści minut. A wiesz, o czym to świadczy? O tym, że Wadera jest po prostu niezawodna, jeśli w grę wchodzi narzekanie :)

*z cyklu #retrospekcje; post ukazał się dwa lata temu na moim – nieistniejącym już – blogu.