nie wstyd ci znowu mi umierać?

To wspo­mnie­nie jest jak tar­cza.
Cza­sa­mi dooko­ła mnie dzie­je się bar­dzo źle i z tym złym muszę radzić sobie sama. Nor­mal­na spra­wa, koniec koń­ców idzie­my przez ten świat samot­nie. Ale nawet kie­dy dzie­je się Bar­dzo Złe, z tyłu gło­wy zaświe­ca mi się lamp­ka: „pamię­taj, zawsze może być gorzej”. Bo nigdy nie jest tak źle, jak było tam­te­go dnia, gdy otrzy­ma­łam wia­do­mość, któ­ra nie powin­na zostać do niko­go wysła­na.

Ile­kroć w cią­gu dnia sty­kam się z datą 14 sierp­nia byle jakie­go roku czu­ję, jak­bym za nic dosta­ła w mor­dę. Wstrzy­mu­ję na to hasło oddech i cze­kam, co się wyda­rzy dalej. Zga­sną świa­tła? Nasta­nie mrok? Roz­hu­la się paskud­na burza? Roz­stą­pi się nie­bo albo zie­mia? Wszech­świat w ułam­ku sekun­dy runie mi na gło­wę? Nie, świat nadal się krę­ci, roz­mów­ca kon­ty­nu­uje roz­mo­wę, to tyl­ko w moim matrik­sie dzie­je się błąd.

Ostat­nio rzu­ci­łam focha czip­som, któ­re mia­ły czel­ność zako­mu­ni­ko­wać mi na ety­kie­cie, że ich data waż­no­ści mija czter­na­ste­go sierp­nia. Jak­by już sam fakt jedze­nia czip­sów nie był dosta­tecz­nym powo­dem do rzu­ce­nia fochem w stro­nę samej sie­bie.

I co to w ogó­le za pomysł, żeby jechać na wyciecz­kę do Argen­ty­ny aku­rat czter­na­ste­go sierp­nia? Prze­cież to nie­dzie­la, dzień depre­syj­ny już z nazwy, czy nie roz­sąd­niej było­by wyru­szyć kil­ka dni wcze­śniej?

A potem ode­bra­łam tele­fon do porad­ni. Pani Mat­ka chce zapi­sać na dia­gno­zę pra­wie sze­ścio­let­nie­go chłop­ca; data uro­dze­nia 14.08.2010r. Tak mnie ta infor­ma­cja zdła­wi­ła, że led­wo mogłam kon­ty­nu­ować roz­mo­wę. Bo prze­cież co to za nie­wy­cho­wa­ne dziec­ko, żeby przy­cho­dzić na świat aku­rat w dniu, gdy mój świat się skoń­czył! I co to za bez­czel­na mat­ka, żeby dawać nowe życie aku­rat w dniu, gdy mnie moja połów­ka życia zosta­ła ode­bra­na!

Mate­ma­tycz­na pre­cy­zja moje­go wzo­ru na umie­ra­nie — dwa minus jeden rów­na się zero.

Po gło­sie Pani Mat­ki zasta­na­wia­łam się, jakie­go kolo­ru dała syno­wi oczy. I czy Pan Ojciec poda­ro­wał mu wło­sy jasne, czy ciem­ne, pro­ste, czy krę­co­ne. Czy w ogó­le ma Pana Ojca.

Przez resz­tę jało­wej roz­mo­wy, z któ­rej nie­wie­le wyni­ka­ło, we łbie plą­ta­ła mi się myśl, żeby dopy­tać Panią Mat­kę, czy może pamię­ta, o któ­rej godzi­nie jej chło­piec się uro­dził. Bo może zaraz po szó­stej rano, kie­dy mój chło­piec kopał w szaf­kę, bo jego narzą­dy wewnętrz­ne, jed­no po dru­gim, odma­wia­ły mu posłu­szeń­stwa. I mógł na wła­snej skó­rze doświad­czyć wyma­rzo­nej entro­pii, do któ­rej tak tęsk­nił noca­mi, bo karet­ka zja­wi­ła się o kil­ka minut za póź­no.

Zamiast na śmierć, przy­go­to­wu­ję się na ten dzień jak na Zmar­twych­wsta­nie. Robię pra­nie wszyst­kie­go, co nada­je się w domu do pra­nia. Szo­ru­ję na kola­nach pod­ło­gi, cho­ciaż mam od tego kota, któ­ry za saszet­kę whi­ska­sa robi to za mnie sie­dem dni w tygo­dniu przez całą dobę. Upew­niam się, że mam w sło­icz­ku pysz­ną kawę, naj­le­piej wło­ską. Zmie­niam w oknach firan­ki, chy­ba że nie jestem w nastro­ju, to wte­dy spusz­czam na okna zasło­ny naboż­ne­go mil­cze­nia. I cze­kam.

Jak dotąd jesz­cze żaden Chry­stus mnie nie odwie­dził na to Cze­ka­nie, ani ten, dla któ­re­go robię z sie­bie skoń­czo­ną wariat­kę. I za każ­dym razem jestem tak samo moc­no roz­cza­ro­wa­na. Sobą, że zno­wu mu zaufa­łam i nim, że zno­wu mnie okła­mał. Bo prze­cież mówił, że zawsze będzie do mnie wra­cał.

Pamię­ta­nie wier­ci dziu­ry w całej gło­wie, nie­pa­mię­ta­nie sie­je w płu­cach spu­sto­sze­nie. Cią­gle szu­kam zło­te­go środ­ka, któ­re­go nie ma.

Uwiel­biaj mnie mimo wszyst­ko.
Twój na zawsze — albo na nigdy,

- cho­ry na umy­śle Wilk Maso­chi­sta