nie wierz w to, że jesteś tym, co robisz — to pułapka


autoerotyka / wtorek, Styczeń 29th, 2019

Nie napi­szę nicze­go odkryw­cze­go, ale może napi­szę coś, co tro­chę popra­wi mi humor.
To nie jest post z gatun­ku jak żyć, tyl­ko raczej spo­wiedź z tego, dla­cze­go tak mi ostat­nio ze sobą nie­wy­god­nie.

Kie­dy pozna­je­my nową oso­bę, pyta­my o to, czym się zaj­mu­je, gdzie pra­cu­je, co robi w życiu, bo wyda­je nam się, że za tymi nie­win­ny­mi pyta­nia­mi stoi grun­tow­na odpo­wiedź na to naj­waż­niej­sze — “kim jesteś”. Tyl­ko że pomię­dzy jed­nym a dru­gim nie ma zna­ku rów­no­ści.

Nie wiem, kie­dy to się sta­ło, ale wiem, że sta­ło się to dla nas natu­ral­ne, a jed­no­cze­śnie dru­zgo­cą­ce. Zwłasz­cza dla tych wraż­liw­szych, któ­rym się wyda­je, że mają świa­tu coś do udo­wod­nie­nia.

Lekarz czy praw­nik jest leka­rzem lub praw­ni­kiem dopie­ro w któ­rejś­tam kolej­no­ści. Naj­pierw jest czło­wie­kiem z uni­kal­ną oso­bo­wo­ścią, zain­te­re­so­wa­nia­mi, ulu­bio­nym kolo­rem, wada­mi, zale­ta­mi, a dopie­ro potem — z zawo­dem. Ale to na hasło “lekarz”, “praw­nik” kiwa­my z apro­ba­tą gło­wą, bo oto wie­my, z kim mamy do czy­nie­nia.
Co za dziw­ny świat. Mały Ksią­żę skon­sta­to­wał to już 76 lat temu.

Ostat­nie dwa lata były dla mnie tak trud­ne, że poło­wę tych tru­dów na nie­świa­dom­ce wręcz wypar­łam, żeby nie umrzeć z zaże­no­wa­nia albo ze smut­ku. Mało kto wie, co się ze mną dzia­ło, nie zamie­rzam się też tym spe­cjal­nie chwa­lić, ale doszłam do wnio­sku, że wie­le z tych tru­dów mogła­bym spo­koj­nie unik­nąć, gdy­bym na każ­dym kro­ku nie była roz­li­cza­na z pra­cy, któ­rą na co dzień wyko­nu­ję. Przez te wszę­do­byl­skie ocze­ki­wa­nia w cią­gu minio­nych dwóch lat czę­ściej zmie­nia­łam pra­cę niż w cią­gu dzie­się­ciu poprzed­nich, a pra­cu­ję regu­lar­nie mniej wię­cej od 16. roku życia.

Pamię­tam jak tup­ta­łam po raz pierw­szy na ryne­czek pra­cy. Było mi dosko­na­le wszyst­ko jed­no, czy będę innym pole­wa­ła kawę, szo­ro­wa­ła kible czy sprze­da­wa­ła mopy na słu­chaw­ce. Ja Kobie­ta Pra­cu­ją­ca jestem. I zawsze byłam.

Mia­łam tyl­ko jeden cel: zara­biać pie­nią­dze, być w sta­nie się z nich utrzy­mać, każ­de­go mie­sią­ca pomóc ludziom i zwie­rzę­tom w gor­szej ode mnie sytu­acji i jesz­cze tro­chę odło­żyć na czar­ną godzi­nę. W Pol­sce o to nie tak łatwo, ale też nie tak trud­no, jak nam się wyda­je. Wystar­czy dobrze zaka­sać ręka­wy i pra­co­wać.

Po wymy­ciu wszyst­kich kibli i roz­la­niu całej kawy wra­ca­ła­bym do domu z uczu­ciem dobrze wyko­na­ne­go zada­nia, do moich ksią­żek, w któ­rych zaszy­wa­ła­bym się do pół­no­cy i któ­re inspi­ro­wa­ły­by mnie do wypla­ta­nia ze słów moich wła­snych histo­rii.

Kil­ka lat póź­niej to nie tyl­ko enig­ma­tycz­ne spo­łe­czeń­stwo, na któ­re naj­ła­twiej zwa­lić całą winę, ale też moi naj­bliż­si: przy­ja­cie­le, zna­jo­mi, szcząt­ki rodzin­ne, sze­fo­wie — byli i obec­ni, wtło­czy­li mi do gło­wy tok­sycz­ną myśl, że jestem już w tym wie­ku, gdzie wypa­da­ło­by odno­sić jakieś suk­ce­sy i mieć pod noga­mi sen­sow­nie usta­bi­li­zo­wa­ny grunt.

Przy czym “sen­sow­ne” zna­czy tutaj bar­dzo docho­do­we, suk­ce­so­we i takie, że da się tym wszem i wobec chwa­lić, a jeśli się nie da, to roz­ma­wiaj­my o tym po cichu, żeby nie wyszło na jaw, że, z punk­tu widze­nia ludzi biz­ne­su, robię coś kosz­mar­nie nie­istot­ne­go.

Strasz­nie mi to zry­ło beret. Czu­łam się jak wybra­ko­wa­ny ele­ment, głu­piec, któ­ry nie czai jakie­goś klu­czo­we­go aspek­tu życia i któ­re­mu umy­ka coś napraw­dę waż­ne­go.
Ale wiem, że to było wyłącz­nie w mojej gło­wie.

Teraz jestem na roz­dro­żu i od dwóch lat dia­me­tral­nie prze­re­da­go­wu­ję swo­je życie. Od począt­ku stu­diów było dla mnie oczy­wi­ste, że będę copyw­ri­te­rem. Chcia­łam pisać, ale prze­cież jestem za sła­ba na pisar­kę, więc kra­kow­skim tar­giem zwią­żę się w jakiś inny spo­sób ze sło­wem. Tyl­ko potem jakoś szyb­ko to pisa­nie o mar­ga­ry­nie (ergo o dupie-mary­nie) znie­na­wi­dzi­łam.

Potem natu­ral­nie skie­ro­wa­łam się w stro­nę dzia­łań w mediach spo­łecz­no­ścio­wych, bo umia­łam, ogar­nia­łam, cią­gle się tym, chcąc nie chcąc, zaj­mo­wa­łam, byłam na bie­żą­co z wywro­ta­mi fejs­bu­ka, z algo­ryt­ma­mi, sha­dow­ba­na­mi. Ale tu zno­wu odkry­łam, że nie­na­wi­dzę być uwią­za­na do inter­ne­tu. Tak bar­dzo nie­na­wi­dzę, że przed odpa­le­niem fejs­bu­ka przez kil­ka sekund chce mi się z nie­po­ko­ju pła­kać. Moje spo­łecz­no­ściów­ki od począt­ku ist­nie­nia tkwią w mar­twym punk­cie z pre­me­dy­ta­cją.

Nie wyobra­żam sobie dłu­żej obsłu­gi­wać czy­je­goś fejs­bu­ka czy insta­gra­ma. Pla­ne­ta sypie się na naszych oczach, a ja mam pod­bi­jać laj­ki fir­mom, któ­re się do tego przy­czy­nia­ją?

Chy­ba mam jakiś kry­zys wie­ku uświa­do­mio­ne­go.

W cią­gu ostat­nich dwóch lat ten domek z kart, któ­ry sobie tak pie­czo­ło­wi­cie ukła­da­łam, sypie się na moich oczach, kar­ta po kar­cie. Nadal łapię je w locie i nada­ję im nowy, pokracz­ny porzą­dek, bo nie mam inne­go wyj­ścia. Dzie­sięć lat temu musia­łam zde­cy­do­wać — pod­dać się albo prze­żyć — i do dzi­siaj wybie­ram to dru­gie, choć­by nie wiem jak mnie kusi­ło, żeby zło­żyć się na pła­sko w łóż­ku i cze­kać aż wszyst­ko wokół obró­ci się w popiół.

Umiem robić róż­ne rze­czy, bo i dużo w życiu robi­łam. Jestem ogar­nię­ta i kre­atyw­na, w tele­gra­ficz­nym skró­cie. Ale co z tego, sko­ro nie da się mnie wrzu­cić do szu­fla­dy z kon­kre­tem? Na ryn­ku pra­cy nie­wie­le to zna­czy. W towa­rzy­stwie jesz­cze mniej. Jeśli nie będziesz ogar­nię­ty i kre­atyw­ny w dzi­siej­szym świe­cie, to nie wiem, jak sobie w tym świe­cie pora­dzisz.

Ale jeśli teraz, w wie­ku 27 i pół, pój­dę szo­ro­wać kible, pole­wać innym kawę czy sprze­da­wać mopy na słu­chaw­ce, czy to mnie czy­ni czło­wie­kiem mniej­sze­go kali­bru, gor­sze­go sor­tu?

Przy piwie w barze wola­ła­bym Wam raczej opo­wie­dzieć o tym, jak bar­dzo lubię wszyst­kie obli­cza nie­bie­skie­go kolo­ru i że jak byłam mała, to marzy­łam tyl­ko o tym, by przy­bi­jać pie­cząt­ki jak te huczą­ce panie na poczcie.

I że to jed­no potem mi się speł­ni­ło. Na sta­żu w biblio­te­ce PAN I PAU — w dzia­le zbio­rów spe­cjal­nych, gdzie pozna­łam naj­wspa­nial­szą Panią Pro­fe­sor na całym świe­cie, któ­ra codzien­nie przy­no­si­ła mi paczusz­kę her­bat­ni­ków i wspól­nie ze mną stem­plo­wa­ła zbio­ry kar­to­gra­ficz­ne sprzed stu­le­ci. Przy poże­gna­niu uro­ni­ły­śmy nawet wspól­ną łez­kę.

Boję się, że źle mnie zro­zu­mie­cie, że pomy­śli­cie, że mam jakiś kry­zys toż­sa­mo­ści.
Nie mam. Wiem dosko­na­le kim jestem i co chcę robić w życiu i z życiem.

Ale nie wiem, gdzie iść do pra­cy i jak pogo­dzić wszę­do­byl­skie ocze­ki­wa­nia tłu­mów z moimi war­to­ścia­mi, któ­re nie­wie­le mają wspól­ne­go ze splen­do­rem, za to dużo z dobrym, empa­tycz­nym życiem, takim życiem, dzię­ki któ­re­mu mogę się komuś na coś przy­dać albo nawet kogoś do cze­goś zain­spi­ro­wać.

Powie­cie — nie przej­muj się ocze­ki­wa­nia­mi innych, to tobie ma być dobrze na tym świe­cie. Ja to prze­cież wszyst­ko wiem, ja to powta­rzam dooko­ła jak przy­cię­ta kata­ryn­ka, ale jak wycho­dzi w roz­mo­wie, że w sumie mogła­bym pra­co­wać jako Nikt Szcze­gól­ny, byle było dobrze i bez­piecz­nie, byle bym dawa­ła świa­tu wymier­ną war­tość, nawet jeśli to tyl­ko uśmiech nad dzban­kiem kawy albo kwit­kiem z pral­ni che­micz­nej, to dzie­je się jakaś kon­ster­na­cja, na twa­rzach zgro­ma­dzo­nych poja­wia­ją się pół-uśmiesz­ki albo uda­wa­na wyro­zu­mia­łość, któ­rą widać, napraw­dę widać, gołym okiem. Jak­by w powie­trzu zawi­sła wypo­wie­dzia­na szep­tem kpi­na. I robi ci się przy­kro, bo prze­cież nie powie­dzia­łeś nic złe­go.

Na ten moment chcia­ła­bym ulżyć w cier­pie­niu fau­nie i flo­rze naszej pla­ne­ty. Brzmi jed­no­cze­śnie śmiesz­nie i dum­nie, co? Nie jest dum­ne. Stoi za tym fru­stra­cja i bez­sil­ność jakiej nigdy dotąd nie czu­łam. Na samą myśl jestem na gra­ni­cy histe­rii. Bar­dzo się boję o słab­sze isto­ty, któ­re nie mają jak o sie­bie zawal­czyć, ludzi czy zwie­rzę­ta. A ostat­nio tro­chę się też boję o sie­bie.