na wstępie przepraszam, że ja znowu o tym samym


autoerotyka / poniedziałek, Kwiecień 29th, 2019

Nie­po­trzeb­nie roman­ty­zu­ję pisa­nie, mimo że w cią­głej fru­stra­cji poszu­ki­wa­nia wła­ści­wych słów nie może być nic roman­tycz­ne­go. Rysu­nek roz­wi­jał­by mój zmysł obser­wa­cji i kre­atyw­no­ści (a Bóg mi świad­kiem, że z tej ostat­niej jestem już ogo­ło­co­na) i sta­no­wił­by odskocz­nię od pisa­nia, ale to sło­wom jestem win­na swo­je poświę­ce­nie.

Wodzę je na poku­sze­nie od lat dzie­cię­cych, tak jak wodzi­łam na poku­sze­nie tam­tych chłop­ców, a potem je porzu­cam (tak jak porzu­ca­łam tam­tych chłop­ców). Powin­nam być wier­na przy­naj­mniej jed­nej miło­ści. Jeśli tak bar­dzo nie chcę chłop­ców — wybie­ram sło­wa.

I przede wszyst­kim — żeby otwo­rzyć swo­je rany na prze­pływ i świa­tło. I podą­żać za tą nęcą­cą ener­gią, któ­ra wła­zi we mnie na samą tyl­ko myśl o pisa­niu.

Od kil­ku nocy nie mogę spo­koj­nie spać, bo mam pościg myśli z gatun­ku zro­bię z tego cykl 5 tomów, nikt nie prze­czy­ta nawet jed­ne­go. Wiesz, bia­do­le­nie, a pomię­dzy bia­do­le­niem zło­ta myśl, któ­ra się nie ucho­wa, bo bia­do­le­nie zasnu­wa czer­nią całe Ze Słów Świa­tło.

Żeby się tak nie bać tego pisa­nia, auto­te­ra­peu­ty­zu­ję się książ­ka­mi o pisa­rzach i wyno­to­wu­ję sobie cyta­ty, któ­re mnie ude­rza­ją pro­sto w ser­ce.

Na przy­kład takie:

Uwa­żam, że ludzie są czę­sto nie­świa­do­mi samych sie­bie, swo­je­go wnę­trza, wła­snej wyobraź­ni, jaź­ni, któ­rej na co dzień nie widać. To coś, z cze­go się wyra­sta, przez co tra­ci się samych sie­bie. Napraw­dę. Sądzę, że lite­ra­tu­ra jest jed­nym z naj­lep­szy spo­so­bów, aby to odzy­skać. Kie­dy tra­fia się na książ­kę, któ­ra szcze­gól­nie dzia­ła — nie­waż­ne czy powieść, czy wier­sze — czło­wiek natych­miast daje się zahip­no­ty­zo­wać. Odkry­wa, że demon­tu­ją mu się mecha­ni­zmy obron­ne, a gdy tyl­ko tak się dzie­je, rze­czy­wi­stość wyobra­żo­na zaczy­na domi­no­wać, ponie­waż czło­wiek prze­sta­je cen­zu­ro­wać wła­sne sądy i postrze­ga­nie świa­ta. Więk­szość z nas spę­dza dużo cza­su na cen­zu­ro­wa­niu wszyst­kie­go, co widzi i sły­szy. Czy to pasu­je do nasze­go obra­zu świa­ta? A jeśli nie, w jaki spo­sób może­my się od tego odciąć, w jaki spo­sób może­my to zigno­ro­wać, jak może­my sta­wić temu czo­ło? W życiu sta­le nam coś gro­zi, to praw­da. Ale kie­dy jest się sam na sam z książ­ką — i to samo doty­czy obra­zu albo muzy­ki — wspo­mnia­ne mecha­ni­zmy obron­ne zni­ka­ją i wcho­dzi się w zupeł­nie inną prze­strzeń, w któ­rej moż­na nauczyć się czuć sie­bie cał­kiem ina­czej.

W ogó­le uwa­żam, że wszyst­kie odpo­wie­dzi na pyta­nie “jak żyć” są roz­sia­ne po stro­nach, któ­ry­mi się zachwy­ca­my, niczym drob­ne wska­zów­ki, dro­go­wska­zy, sygna­ły alar­mo­we ostrze­ga­ją­ce, by za tym rogiem skrę­cić jed­nak w lewo, nie w pra­wo. By iść po swo­je­mu, nawet jeśli cały świat dooko­ła mówi ci, że po swo­je­mu to naj­wy­żej upa­dłaś na gło­wę.

Ja upa­dłam wie­lo­krot­nie, a jed­nak nadal sto­ję. Psi­kus.

Piję dżo­ni­ka (gin z toni­kiem — see what I did the­re?) i zachwy­cam się swo­im nowym edy­to­rem tek­sto­wym, któ­ry miał mi uła­twiać życie, a nie je utrud­nić, ale tym się będę mar­twić potem.

Tro­chę mi się zro­bi­ło przy­kro, jak sobie uświa­do­mi­łam, skąd mi się wzię­ła ta cią­gła cof­ka przed trak­to­wa­niem moich słów na serio — pomi­mo mojej nie­skoń­czo­nej miło­ści, tok­sycz­nej może nawet, do tej for­my wyra­zu. Tak, bywa­ła tok­sycz­na, szcze­gól­nie gdy uży­wa­łam jej do nie­cnych celów, dla same­go tyl­ko udo­wod­nie­nia sobie, że umiem i mogę.

Kie­dy ostat­nio ośmie­li­łam się zadać sobie parę pytań dot. tyl­ko MNIE, tyl­ko MOICH potrzeb i pra­gnień — bez umiesz­cza­nia ich w kon­tek­ście ota­cza­ją­cych mnie ludzi i powszech­nych prze­ko­nań na roz­ma­ite tema­ty — odkry­łam, że wszel­kie nie­śmia­łe „a może być tak serio spró­bo­wać w to pisa­nie?” — odbi­ja­ły się głu­cho od muru wyry­tych przed ocza­mi słów — moich słów — NIE; jesteś ZBYT PRZECIĘTNA. Powin­naś zapaść się pod zie­mię za samo tyl­ko roz­wa­ża­nie tej nie­do­rzecz­nej kwe­stii.

Ale według jakiej nor­my jestem aż taka prze­cięt­na? Ile gor­szych ode mnie spró­bo­wa­ło i im się uda­ło, a ile lep­szych ode mnie całe życie będzie pisa­ło do szu­fla­dy? Sza­la w żaden spo­sób się nie wyrów­nu­je.

Gene­za tego pro­gra­mo­wa­nia się­ga zerów­ko­wej świe­tli­cy, w któ­rej czu­łam się jak dziew­czyn­ka przez abso­lut­nie niko­go nie kocha­na.

Za każ­de uzbie­ra­ne zło­tów­ki kupo­wa­łam sobie zeszyt i dłu­go­pis — koniecz­nie w pakie­cie. I pisa­łam. Jak sza­lo­na. O wszyst­kim. Doro­śli na ten widok jed­no­myśl­nie kon­sta­to­wa­li, że jak doro­snę, to na pew­no będę…sekretarką. Bo do kogo inne­go pasu­je zeszyt i dłu­go­pis, jeśli nie do sekre­tar­ki?

I tak sobie rosłam w tym prze­świad­cze­niu, że trze­ba się uro­dzić cza­ro­dzie­jem, by móc two­rzyć wspa­nia­łe histo­rie np. o innych cza­ro­dzie­jach (tu się kła­nia Har­ry Pot­ter, dzię­ku­ję, dobra­noc).

W pod­sta­wów­ce nauczy­cie­le pol­skie­go bra­li mnie na słów­ko i mówi­li, że war­to by było szli­fo­wać to moje pisa­nie, bo umiem i szko­da by było, jak­by umar­ło, jak­by się bez sen­su zmar­no­wa­ło. Patrzy­łam na nich jak na kosmi­tów i myśla­łam, że może pomy­li­li moje tek­sty z inny­mi, bo takie miłe rze­czy to prze­cież na pew­no nie o mnie. Mama i tata mówi­li, że zosta­nę sekre­tar­ką.

W gim­na­zjum wygry­wa­łam kon­kur­sy na sztu­ki teatral­ne i fiku­śne liści­ki do świę­te­go Miko­ła­ja, a potem każ­dy wygra­ny tekst tar­ga­łam komi­syj­nie przy wtó­rach zobo­jęt­nia­łych spoj­rzeń moich rodzi­ców.

W liceum, pomi­mo milio­na nie­obec­no­ści zwią­za­nych z moim poby­tem w szpi­ta­lu, Pani Od Pol­skie­go (uwiel­bia­łam ją, mówi­ła płyn­nie sar­ka­zmem) chcia­ła mi posta­wić 3, ale sumie­nie ją gry­zło, że oso­ba z takim czu­ciem do słów mia­ła­by tak nie­ade­kwat­ną oce­nę na świa­dec­twie. I posta­wi­ła mi 4,5.

Na stu­diach naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­ca na całym wydzia­le recen­zent­ka pod­czas obro­ny przy­wi­ta­ła mnie sło­wa­mi: wyjąt­ko­wo spodo­bał mi się pani tekst, chęt­nie go prze­dys­ku­tu­ję, a po obro­nie poże­gna­ła, mówiąc: nie wiem, jakie tam pani ma pla­ny, ale pro­szę koniecz­nie pisać dalej.

Na każ­dym eta­pie moje­go życia znaj­du­je się ktoś, kto mówi mi, żebym pisa­ła dalej. Ale że co pisa­ła? Kocha­ne pamięt­nicz­ki? Bo już wła­ści­wie tyl­ko to umiem.

Roz­pa­li­łam sobie w poko­ju świe­ce, może zaraz spło­nę, po dru­gim dżo­ni­ku jest to nie­wy­klu­czo­ne. Z gło­śni­ków leci chil­lo­wa muzy­ka i otwie­ra mi zwo­je mózgo­we, do któ­rych na sucho bym się nigdy nie doko­pa­ła. A za tymi zwo­ja­mi mózgo­wy­mi stoi bia­ły domek na pla­ży.

tell your­self a dif­fe­rent sto­ry

Żebym tak prze­sta­ła się bać i napi­sa­ła pierw­sze praw­dzi­we zda­nie.