miniatura o Grandhotelu i o tym, jak osiągnąć dno

Roz­czu­la­ją mnie fru­wa­ją­ce bez­tro­sko po poko­jach nie­któ­re moje roz­ko­ja­rzo­ne myśli. Naj­chęt­niej lądu­ją w zaka­mar­kach, do któ­rych z pre­me­dy­ta­cją nie zaglą­dam. Z ostat­niej: „napisz minia­tu­rę o Gran­dho­te­lu* i o tym, jak to jest osią­gnąć dno”.

Bo otóż aku­rat­nie osią­gnę­łam dno, nie mam co do tego wąt­pli­wo­ści.
To taki rodzaj dna, z któ­re­go jestem pra­wie dum­na; dwie piguł­ki do wybo­ru, czar­na i żół­ta. W czar­nej otchłań zgni­li­zny i roz­pa­czy, w żół­tej wkurw i moc­ne posta­no­wie­nie popra­wy.

Na szczę­ście dla nas wszyst­kich tak się skła­da, że jeśli jestem w czymś dobra, to wła­śnie w zbie­ra­niu się z zie­mi. Jest bowiem coś pokrze­pia­ją­ce­go w myśli, że niżej już chy­ba upaść nie możesz.

Gran­dho­tel był pięk­ny, choć zachmu­rzo­ny i nie bez koze­ry to okre­śle­nie pasu­je mi tutaj naj­moc­niej. Jeśli ktoś ma ocho­tę po skoń­czo­nej lek­tu­rze wziąć naj­głęb­szy oddech i oddać pokłon wol­no­ści, to Gran­dho­tel będzie wyśmie­ni­tym wybo­rem. Cho­ciaż już się cza­ję pal­ca­mi na Księ­gę szep­tów i nie obie­cu­ję, że mi się w mię­dzy­cza­sie nie odmie­ni. Jak cho­dzi o książ­ki, to jestem nie­sta­ła w uczu­ciach. Jak cho­dzi o nie-książ­ki, to też.

w koń­cu tego pięk­na wyobraź­ni było tak dużo, że go przy­gnio­tło
— gran­dho­tel

Mnie przy­gnia­ta, że jest koniec mar­ca, a ja z tej zie­mi mia­łam wstać naj­da­lej w stycz­niu.


* o Gran­dho­te­lu naj­le­piej czy­tać na Para­pe­cie Lite­rac­kim u Oli.