miej odwagę — o książce “Wszystkie kwiaty Alice Hart”

W drew­nia­nym domu na koń­cu dro­gi dzie­wię­cio­let­nia Ali­ce Hart sie­dzia­ła przy biur­ku pod oknem i zasta­na­wia­ła się, jak spa­lić swo­je­go ojca.

Aku­rat szu­ka­łam w Empi­ku inspi­ra­cji, bo mam w sobie ostat­nio ogrom­ną tęsk­no­tę za zie­le­nią, kwia­tem, tra­wą, liściem, lasem, pną­czem, mchem i potrze­bo­wa­łam cze­goś, co pomo­że mi jakoś ład­niej ryso­wać czar­no-bia­łe zie­le­ni­ny w swo­ich zeszy­tach.
Oczy­wi­ście, że mogła­bym w tym celu prze­trze­pać Pin­te­re­sta (co zresz­tą zro­bi­łam), ale po całych latach prób, błę­dów i poszu­ki­wań, prze­ko­na­łam się, że osta­tecz­na inspi­ra­cja zawsze wyra­sta z książ­ki.

I tak oto za kil­ka zło­tych zgar­nę­łam do kolek­cji best­sel­le­ro­wy zbiór ilu­stra­cji roślin­nych Johan­ny Bas­ford. Nie do kolo­ro­wa­nia, tyl­ko do kon­ty­nu­owa­nia. I gdy tak szpe­ra­łam w dzia­łach hob­by, porad­ni­kach, sztu­kach i ziel­ni­kach, rzu­ci­ła mi się w oczy pięk­na okład­ka świe­żut­ko wyda­nej książ­ki Wszyst­kie kwia­ty Ali­ce Hart. Dzień wcze­śniej ten szum­nie zachwa­la­ny tytuł wrzu­ci­łam na czyt­nik.

Po pierw­szych osiem­dzie­się­ciu stro­nach byłam ocza­ro­wa­na połą­cze­niem pro­sto­ty snu­cia histo­rii i baśnio­wej poświa­ty, jaka za nią sta­ła (ale cze­mu się dzi­wić, gdy głów­ną boha­ter­ką jest kil­ku­let­nia dziew­czyn­ka, któ­ra przed bru­tal­nym świa­tem doro­słych cho­wa się za wła­sną wyobraź­nią).

Pierw­sze sło­wa opo­wie­ści skoj­rzy­łam z Aga­tą i zasu­ge­ro­wa­łam, że może chcia­ła­by prze­czy­tać, bo w książ­ce jest “bar­dzo czu­ły język, dużo kwia­tów, dłu­ba­nia w zie­mi i kocha­ne psy. A mię­dzy tym wszyst­kim zda­je się, że okrop­nie smut­na histo­ria”. Teraz po prze­czy­ta­niu doda­ła­bym jesz­cze, że zakoń­cze­nie doda­je otu­chy.

(Na mar­gi­ne­sie — uwa­żam, że to grzech śmier­tel­ny: nie podzie­lić się książ­ką z kimś, komu, tak podej­rze­wa­my, mogła­by się spodo­bać)

Po dwu­stu stro­nach zorien­to­wa­łam się, że jest 4 rano i że już daw­no żad­na książ­ka z pre­me­dy­ta­cją nie zatrzy­ma­ła mnie przy sobie na tak dłu­go. To było bar­dzo miłe uczu­cie, odro­bi­nę zaku­rzo­ne, bo cho­ciaż czy­tam ostat­nio same wspa­nia­ło­ści, to wszyst­kie ocze­ku­ją ode mnie chwi­li odde­chu, prze­cin­ka na her­ba­tę, śred­ni­ka na życie.

Histo­ria Ali­ce nie. Ta mnie tar­ga­ła za wło­sy i szep­ta­ła do ucha, że jesz­cze tyl­ko kil­ka stron do koń­ca roz­dzia­łu i będziesz mogła przy­mknąć na chwi­lę oczy. Cho­ciaż prze­czu­wa­łam, że lada moment opo­wieść zali­czy jakiś zwrot, któ­ry zbu­rzy tę moją sie­lan­ko­wo-bole­sną kon­struk­cję.

I nie myli­łam się. W dru­giej czę­ści poja­wia się wątek dam­sko-męski, z któ­ry­mi ja gene­ral­nie nie naj­le­piej radzę sobie w książ­kach. Jak­kol­wiek smacz­ne, sub­tel­ne i wywa­żo­ne były­by opi­sy czu­ło­stek i miło­stek, na każ­de krzy­wię się jak­bym żuła świe­żą cytry­nę,  czy­tam przez pal­ce albo zupeł­nie zamy­kam oczy i uda­ję, że nie patrzę.
Coś mi się jakiś czas temu w mózgu doku­ment­nie spie­przy­ło i o uczu­ciach mogę czy­tać tyl­ko mię­dzy wier­sza­mi.

Ten kawa­łek opo­wie­ści co kil­ka kwia­tów wywo­ły­wał u mnie noso­wy pomruk “ty głu­pia dziew­czy­no”,  po któ­rym Ali­ce coraz wię­cej pła­ka­ła.

Wyda­nie książ­ki jest ślicz­ne. Już wiem, że kie­dyś będzie sta­ła na mojej pół­ce, nie tyl­ko tej wir­tu­al­nej.

Po pierw­sze dla­te­go, że ład­nie ją ozdo­bi — może wresz­cie pogo­dzę się z fak­tem, że nie umiem hodo­wać kwia­tów i zamiast nich zacznę kupo­wać książ­ki z wibru­ją­cy­mi rośli­na­mi, któ­re roz­kwit­ną za każ­dym razem, gdy wezmę je do ręki i odczy­tam na głos jakiś frag­ment.

Po dru­gie dla­te­go, że mógł­by to być ład­ny sym­bol speł­nio­ne­go marze­nia. Bo i histo­ria jej wyda­nia jest pokrze­pia­ją­ca.
Hol­ly Rin­gland w dzie­ciń­stwie marzy­ła, że napi­sze książ­kę. Gdzieś po dro­dze swo­je­go nie­zwy­kłe­go życia ukoń­czy­ła kurs kre­atyw­ne­go pisa­nia, książ­kę napi­sa­ła, manu­skrypt roze­sła­ła, a potem modli­ła się, żeby jaki­kol­wiek dom wydaw­ni­czy chciał ją opu­bli­ko­wać.
Oka­za­ło się, że publi­ko­wać chcie­li wszy­scy, a pośród tych wszyst­kich Hol­ly mogła wybrać swo­je ulu­bio­ne wydaw­nic­two. Miej odwa­gę, nie upa­daj na duchu, speł­niaj swo­je marze­nia.

Już wiem, że będzie jed­ną z tych ksią­żek okrzyk­nię­tych best­sel­le­rem, debiu­tem nad debiu­ta­mi, może nawet prze­ło­mem, i pew­nie tro­chę na tych okrzy­kach stra­ci. Ja póki co doce­niam, że jest przede wszyst­kim powie­wem świe­żo­ści wśród lite­ra­tu­ry oby­cza­jo­wej; tej pro­stej — o odnaj­dy­wa­niu sie­bie w naj­głęb­szych zaka­mar­kach nas samych.

I cho­ciaż w dru­giej poło­wie książ­ki tro­chę zgrzy­ta­łam zęba­mi, koń­ców­ka ten zgrzyt mi zre­kom­pen­so­wa­ła. I nigdy nie mia­łam tyle rado­ści z czy­ta­nia roz­dzia­łu z podzię­ko­wa­nia­mi.

Myślę sobie, że dopó­ki natu­ra wie, jak odra­dzać się ze zglisz­czy i popio­łów, jeste­śmy bez­piecz­ni.

Po skoń­cze­niu lek­tu­ry zer­k­ne­łam przez okno swo­je­go dom­ku na drze­wie w zie­lo­ne chmu­ry liści i mia­łam ocho­tę pobiec na łąkę, poło­żyć się w kwia­tach i cie­szyć się, że jestem czę­ścią tego pięk­ne­go świa­ta.

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

Tags