małe życie – Hanya Yanagihara, czyli trochę nie umiem w recenzje

małe życie Hanya
Wykonało się. Zakończyłam przygodę z książką wielkości małego fiata 126p, na punkcie której świat na moment zupełnie ześwirował. Niestety, przeczytanie jej zajęło mi zdecydowanie więcej czasu, niż zakładałam na początku. Chciałam ją połknąć na raz, na hurra, na już, na zaraz, w jeden weekend, co – pomimo ponad 800 stron – jest absolutnie wykonalne, ale nagły zalew obowiązków pozwolił mi na czytanie maksymalnie po kilkadziesiąt minut dziennie, skutkiem czego przeżywanie tej historii rozciągnęło się za bardzo w czasie. Jestem pewna, że gdybym oddała się tej powieści cała, po skończeniu rozglądałabym się niewidzącym wzrokiem po pokoju i szukała jakiegoś sensu istnienia. A tak – jest mi jakoś przykro, jest mi jakoś tak, jakbym straciła przyjaciela.
Dobre książki chyba tak majo.

Rzadko kiedy czytam książki z myślą, że będę się nimi potem dzielić na blogu, ale tym razem podświadomie czułam, że będę musiała to zrobić. I całe szczęście, że w trakcie czytania regularnie robiłam notatki, bo wszystkie wilki mi świadkiem – po ich przejrzeniu w życiu bym nie pomyślała, że strona dwieście-trzysta-czterystaktóraś wygeneruje we mnie tak kosmiczne refleksje. Bardzo mnie kusiło, żeby przed pisaniem zerknąć do internetów i podpatrzeć inne recenzje, sprawdzić, czy będą się pokrywać z moją oceną, ale stwierdziłam, że to durne, bo po drodze na bank czymś lub kimś się zasugeruję. W końcu naprawdę sporo z nas na tę książkę niecierpliwie czekało.

No i ten. Mówiłam już, że nie potrafię pisać recenzji? Zrobię, co w mojej mocy, żeby za bardzo nie spoilerować.

Trochę to dziwne, ale na początku pozachwycam się okładką. Bo okładka przedoskonale oddaje klimat i wydźwięk całej powieści, z czego czytelnik zdaje sobie mimochodem sprawę w trakcie czytania, ale dopiero pod koniec nabiera do niej pełnego przekonania.

Małe życie zaczyna się niewinnie. Poznajemy czterech przyjaciół, Malcolma, JB, Willema i Jude’a, którzy po studiach osiadają w Nowym Jorku i szukają – każdy na swój sposób – jakiegoś spełnienia.

Po pierwszych kilkunastu/dziesięciu stronach zwróciłam uwagę na pełnokrwistość głównych bohaterów. Autorka zastosowała świetny zabieg przemycania nam coraz więcej szczegółów na ich temat, ale ani przez chwilę nie miało się wrażenia, że tych szczegółów serwuje nam za dużo. Wielobarwna siatka ich przyjaźni stanowi punkt wyjścia całej opowieści, ale tylko jeden z nich, Jude, nadaje historii trójwymiar.

Jest milczący, odosobniony, i coś przed nimi wszystkimi ukrywa. Co tu dużo mówić – jego historia jest mocno pogmatwana. Za każdym razem, kiedy Jude coś mi o sobie zdradzał, gdy myślałam, że wiem już, o co w tym wszystkim chodzi i że to potworne, okazywało się, że tak naprawdę wciąż wiem tyle, co nic, a to, czego nie wiem, jest niepojęte i jeszcze gorsze, niż podejrzewałam.

Mniej więcej w połowie książki czułam, jakby mnie ktoś przetyrał przez wszystkie stany emocjonalne wszechświata i okolic. Potrafię znieść bardzo wiele widoków, obrazów i opisów, ale w pewnym momencie musiałam przekroczyć próg mojej tolerancji i całym swoim jestestwem wznieść się ponad, by móc czytać dalej.

Stopniowanie napięcia było momentami nieznośne. Nieznośny bywał też i sam Jude z tą swoją rolą wiecznej ofiary losu, którą uczynił go los i którą potem z tak wielką pasją całodobowo podtrzymywał skrzywiony i skrzywdzony na każdy możliwy sposób jego umysł.

Jude’a można jednocześnie kochać i nienawidzić. To doskonały przyjaciel innych i wróg numer jeden samego siebie. Najbardziej irytował mnie swoją tendencją do nieustannego przepraszania wszystkich i wszystkiego wokół za byle co, a najbardziej za to, że w ogóle ośmielił się żyć. Nie lubię, jak ktoś za dużo przeprasza – pewnie dlatego, że sama za dużo przepraszam i zawsze się wtedy czuję jak żałosna idiotka, która zupełnie niepotrzebnie robi z siebie ofiarę losu. Nikt nie lubi ofiar losu.

W pewnym momencie w moim mniemaniu doszło do fabularnego zgrzytu, który co prawda między słowami był zapowiadany od początku, ale do końca miałam naiwną nadzieję, że jednak się nie ziści. Chwilowa sielanka, którą mam na myśli, jak dla mnie była zbyt sielankowa. Ale z drugiej strony ten fakt nieco mnie zaniepokoił. Nie wiem dlaczego, ale coś mi się w środku tak popierdoliło, że na najzdrowszy przejaw „miłości” w książce reaguję krzywymi minami i jękami obrzydzenia. Naprawdę jestem aż taką cyniczką? Kiedy to się stało? Jak to zatrzymać? Jak to odwrócić?

Dopiero potem zorientowałam się, że ten nadmiar różowych kolorów ma tylko uśpić moją czujność, żeby pod koniec rozdziału wywrócić moje flaki do góry nogami. Wiesz, w myśl jedynej prawilnej zasady, rządzącej ostatnio światem:

Ja: Jejku, jejku, nareszcie jest tak cudownie!
Życie: Momencik. Zaraz znowu wszystko spierdolę. 

Czasami myślałam, że za dużo tych tragedii jak na tak małą jednostkę. Z jednej strony trochę to wszystko było odrealnione, a z drugiej wcale nie, bo na świecie dzieje się tyle niepojętego kurewstwa, że już nic nie powinno nas dziwić. No i nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że w nie-doskonałym i wcale nie-małym świecie Jude’a St. Francisa wszyscy są homoseksualistami.
Jude ostatecznie kupił mnie swoją…żałobą. Bo była taka prawdziwa, taka moja, taka wszystkich. Włącznie z wydzielaniem maili do ponownego przeczytania i zdjęć do ponownego obejrzenia. Włącznie ze stanem nieważkości, ciągłą potrzebą snu i desperackim zamykaniem się we własnej głowie, w której w tę i z powrotem może odtwarzać na nowo już przeżyte i utracone scenariusze.

Doceniam fakt, że Hanya nie próbowała na siłę Jude’a transformować ani zbawiać. Do samego końca pozostał sobą, chociaż jego bliscy wyłazili z siebie, żeby go odczarować. Dzięki temu historia – moim zdaniem – nie ma ani happy endu, ani sad endu (chociaż nie zdziwiłabym się, gdyby osoby, które książkę przeczytały, po tym stwierdzeniu uznały, że trochę ochujałam).

Przez całą książkę miałam wrażenie, że zmierzamy w stronę jakiegoś armageddonu. Nie zdradzę Ci, czy armageddon nastąpił, bo sprawa jest zbyt świeża, żeby ocenić ją obiektywnym okiem. I chociaż w niektórych momentach uroniłam kilka łez i nie byłam zbyt zadowolona z obrotu sprawy, to jednak nie wyobrażam sobie innego zakończenia.

Bo zakończyło się dokładnie tak, jak chciałam – wspomnieniami ojca. Harold spiął historię emocjonalną klamrą i nadał powieści pełny wymiar. Byłam mu za to ogromnie wdzięczna.

Naprawdę zżyłam się z bohaterami. Obserwujemy ich przez całe życie – od wczesnej młodości, do późnej starości – a jednak w moich wyobrażeniach pozostali żywi, młodzi i ciągle gotowi na nadejście Nowego. To chyba niezła sztuka aż tak przywiązać nas do książkowych postaci. Bardzo tę sztukę doceniam i równie bardzo tę książkę Ci polecam.
Mocne 8,5/10. Z wykrzyknikiem w kształcie serduszka na końcu.