liżę rany


autoerotyka / środa, Maj 22nd, 2019

Naj­go­rzej jest wte­dy, gdy po pija­ku wypa­trzę na nie­bie fru­wa­ją­ce­go pta­ka. Zaraz czu­ję w sobie nie­opi­sa­ną radość i zro­zu­mie­nie sen­su wsze­la­kie­go; wyda­je mi się, że to takie pro­ste, mogę jak ten ptak roz­wi­nąć skrzy­dła i lecieć przed sie­bie, co mi zale­ży, co mam do stra­ce­nia, co zosta­wię za sobą, kto mnie tu trzy­ma, do kogo jestem uwią­za­na, ile jesz­cze zmar­nu­ję dni jako ja, na tym beto­no­wym łez pado­le. A potem przy­cho­dzi trzeź­wość i jak ten ptak mogę co naj­wy­żej wyje­bać zwło­kiem o wypu­co­wa­ną do nie­przy­zwo­ito­ści szy­bę kor­po-biu­row­ca.

Ostat­nio zno­wu tak wyje­ba­łam, a teraz liżę rany.
Przy pomo­cy:

  • kil­ku olej­ków ero­tycz­nych
  • świec zapa­cho­wych
  • zeszło­ty­go­dnio­we­go spa­ghet­ti
  • zie­lo­nych oli­wek w akom­pa­nia­men­cie dżo­ni­ków
  • her­ba­ty jaśmi­no­wej
  • zło­wiesz­cze­go wia­tru
  • mało­pol­skie­go desz­czu
  • byłe­go mni­cha
  • i kota
  • zawsze kota.

Na każ­de kolej­ne, czwar­te już, orze­cze­nie pań i panów z odpo­wied­nim dyplo­mem, że jestem cięż­ko cho­ra i naj­le­piej by było gdy­by się pani poszła leczyć , koniecz­nie do mnie, prze­wra­cam ocza­mi i żuję bez­na­mięt­nie nie wiem któ­rą to już z kolei owo­co­wą gumę. Jak chce­cie, to ja się poło­żę do tego łóż­ka i nie wsta­nę. W koń­cu wam uwie­rzę, tyl­ko nie wiem, kto na tym sko­rzy­sta. Naj­wię­cej chy­ba mój kot, co to aku­rat okrop­nie lubi do takich moich bez­na­mięt­nych zwłok się przy­tu­lać. Im mniej się ruszam, tym lepiej dla niej, bo czy napraw­dę trze­ba się wier­cić, gdy ona tak dosko­na­le, w tym zagłę­bie­niu brzu­cha, umo­ści­ła sobie już futrza­stą dupecz­kę?

Wła­ści­wie to już wam tro­chę uwie­rzy­łam i tro­chę się poło­ży­łam. Liżę rany, ale bez inten­cji wyli­za­nia. Prę­dzej z przy­zwy­cza­je­nia, z ludz­kie­go odru­chu, że są tacy, któ­rym nie zdą­ży­łam jesz­cze powie­dzieć nie­skoń­czo­no­ści ostat­nich słów.

- Leni­ka, przy­ja­dę w czerw­cu, na two­je uro­dzi­ny.
- przy­je­dziesz w czerw­cu na moje uro­dzi­ny?
- przy­ja­dę.
- ale…
- przy­ja­dę w czerw­cu. Raz w życiu zro­bi­my ci dobre uro­dzi­ny.
- …

Zaj­mu­ję gło­wę myśle­niem o czym­kol­wiek innym niż two­ja zapo­wiedź przy­jaz­du. Nie inte­re­su­je mnie życie w duecie, nawet jeśli do kom­ple­tu mia­ła­bym dostać męż­czy­znę zło­żo­ne­go ze snów tysią­ca kobiet. W mar­cu to było nawet zabaw­ne. Mach­nę­łam ręką, spo­koj­na, że do czerw­ca jesz­cze nie­jed­na Pene­lo­pa Cruz czy inna Nata­lia Port­man zdą­ży ci zawró­cić jak ament w pacie­rzu w gło­wie. I że zapo­mnisz o tej prze­zro­czy­stej dziew­czy­nie z dru­giej stro­ny Wisły. Ale ty swo­je.

Upar­łeś się, że moje ser­ce przez te lata na pew­no już doj­rza­ło, a ja się upie­ram, że to bar­dziej cho­dzi o gło­wę.

Okrop­nie się cie­szę, że nie­dłu­go będziesz.
Okrop­nie się boję, że nie­dłu­go będziesz.

Mogli­by­śmy sobie razem lizać rany, ale zapew­ne na moje życze­nie skoń­czy się jak zwy­kle i zamiast łago­dzić, poso­li­my je do bólu kolej­ny­mi łza­mi.