listy do Oriany Fallaci

listy do Oriany Fallaci
Pierw­szy raz od nie­pa­mię­tam­kie­dy obu­dzi­łam się z ulgą i wiel­kim zdzi­wie­niem, że doży­łam jutra.
To niby nie takie trud­ne, ale w moim życiu bywa­ją noce, kie­dy z powo­du bólu jestem goto­wa się oddać i pod­dać nawet Śmier­ci. To taki rzad­ki moment, kie­dy jestem sła­ba i podat­na na zra­nie­nia. W noce jak te lubię być sama. Bo nikt nie powi­nien widzieć wil­ka z odsło­nię­ty­mi rana­mi.

Więc obu­dzi­łam się z ulgą, wio­sen­ny deszcz dud­nił w zada­sze­nie bal­ko­nu, sce­ne­ria wprost ide­al­na, żeby wysko­czyć z wyrka (na tyle, na ile pozwa­la­ło na to moje pokie­re­szo­wa­ne noc­ny­mi tur­bu­len­cja­mi cia­ło), zaopa­trzyć się w fili­żan­kę moc­nej, wani­lio­wej kawy i uru­cho­mić edy­tor tek­sto­wy w kom­pu­te­rze.

Gdy wpa­dła mi w ręce two­ja bio­gra­fia, intu­icja od razu pod­su­nę­ła mi myśl — ona jest wil­kiem.
Byłaś wil­kiem, Oria­no.

Ale co to wła­ści­wie zna­czy, kie­dy mia­nu­ję kogoś zaszczyt­nym tytu­łem wil­ka? To zna­czy, że mogła­bym temu czło­wie­ko­wi zaufać. Że jego życie jest pięk­ne, choć na swój spo­sób prze­klę­te. Że jest podat­ny na zra­nie­nia, ale ma dzi­kie ser­ce, któ­re­go — wg Osca­ra Wilde’a — i tak nie moż­na zła­mać (kto nie wie­rzy Osca­ro­wi, ten trą­ba). Że chcia­ła­bym tego czło­wie­ka poznać, a jeśli nie mogę, to przy­naj­mniej dowie­dzieć się o nim jak naj­wię­cej. Potwier­dzi­łaś moje przy­pusz­cze­nia co do two­jej wil­czej natu­ry w „Liście do nie­na­ro­dzo­ne­go dziecka”, nad któ­rym będę się roz­wo­dzić kie­dy indziej.

Zbu­rzy­łaś we mnie cały spo­kój, jaki pró­bo­wa­łam od mie­się­cy w sobie zgro­ma­dzić. Do teraz nie wie­rzę, że uda­ło ci się to osią­gnąć z taką łatwo­ścią! Po pro­stu wdar­łaś się do moich trze­wi i wywró­ci­łaś cały mój świat­ko-pogląd do góry noga­mi, jak­byś była nie­za­do­wo­lo­na z tego, co zasta­łaś w mojej gło­wie, zanim cię pozna­łam. Urze­kło mnie każ­de zda­nie na twój temat, a teraz urze­ka mnie każ­de sło­wo wystu­ka­ne przez cie­bie na maszy­nie do pisa­nia.

Mia­łam już podob­ne­go bzi­ka na punk­cie V. Woolf. Prze­czy­ta­łam wte­dy wszyst­ko, co dorwa­łam w swo­je ręce. A potem prze­czy­ta­łam jesz­cze wię­cej. I napi­sa­łam na jej temat pra­cę dyplo­mo­wą, któ­ra w zasa­dzie obro­ni­ła się sama.

Co do cie­bie mia­łam przede wszyst­kim intu­icję. Intu­icję wil­ka. Wie­dzia­łaś, że w kul­tu­rze japoń­skiej wilk jest stwo­rze­niem, któ­ry widzi to, co ukry­te? Odna­la­złam w tobie pokre­wień­stwo mnie samej. A zawsze na takie odkry­cia aż mnie skrę­ca z eks­cy­ta­cji, że byłaś, i ze smut­ku, że nie zdą­ży­łam — i już nie zdą­żę — cię poznać.

Naj­bar­dziej krzy­cza­łam, gdy pod koniec oka­za­ło się, że mia­łaś takie­go same­go fio­ła na punk­cie melo­dy­ki, tonu i pla­sty­ki słów jak ja. Nie mogłam uwie­rzyć, że po tym świe­cie łażą podob­ne pod tym wzglę­dem do mnie wariat­ki! Wszyst­ko zaczę­ło nabie­rać sen­su. To, dla­cze­go tak dobrze czy­ta mi się two­je sło­wa, nawet jeśli w naj­więk­szej mie­rze trak­tu­ją o poli­ty­ce, któ­rej ja — w związ­ku ze swo­im igno­ranc­kim blond geno­ty­pem — nie cza­ję i raczej nie tra­wię. Potem z kolei zda­łam sobie spra­wę, że to wciąż nie to, bo nad melo­dy­ką słów mogłaś czu­wać tyl­ko w przy­pad­ku ksią­żek tłu­ma­czo­nych na języ­ki, któ­re zna­łaś — hisz­pań­ski, fran­cu­ski i angiel­ski. I oczy­wi­ście poja­wił się nowy bzik — dorwać wszyst­kie hisz­pań­sko­ję­zycz­ne prze­kła­dy two­ich powie­ści, by móc zasma­ko­wać tych słów na wła­snym języ­ku.

Nie godzę się na two­ją śmierć. Nie teraz, gdy dopie­ro zaczę­łam cię odkry­wać. Nie godzę się na to, że naj­waż­niej­szą powieść, któ­rą pla­no­wa­łaś zakoń­czyć na roku 1944, musia­łaś urwać ponad sto lat wcze­śniej.

Wyznam ci skry­cie, że wstyd mi coś pisać, gdy wpa­dam w ciąg czy­tel­ni­czy. W tę dzi­ką żądzę lite­ra­tu­ry i pochła­nia­nia wszyst­kie­go, co wpad­nie w moje łap­ska. Im więk­sze tomisz­cze, tym lepiej. Im mniej­sza czcion­ka, tym naj­le­piej.
Zer­kam nie­śmia­ło na blo­ga i po raz set­ny zada­je sobie pyta­nie, po co?

Po co pisać o niczym, sko­ro tyle osób pisze już o czymś, a tylu pisa­rzy napi­sa­ło już o wszyst­kim? Dla­cze­go mi się wyda­je, że moje pisa­nie musi zaist­nieć w sen­sie fizycz­nym, sko­ro nie mam nic istot­ne­go do powie­dze­nia? I kie­dy lite­ra­tu­ra pięk­na zaszczu­je mnie tymi przy­gnę­bia­ją­cy­mi myśla­mi, milk­nę. Dla dobra was wszyst­kich, dla nie­do­bra mnie samej.

Bo w pew­nym momen­cie sło­wa kumu­lu­ją się i obra­ca­ją prze­ciw­ko tobie, gdy nie znaj­dziesz dla nich żad­ne­go ujścia. Jest ich tyle, że dzia­ła to wyłącz­nie na nie­ko­rzyść two­jej gło­wy. Two­rzą w niej try­liard sce­na­riu­szy i histo­rii, z któ­rych nie jesteś w sta­nie wyłu­skać tej jed­nej, istot­nej, bo przy­ćmie­wa­ją ją szcze­gó­ły tysią­ca innych.

Więc bijesz się, poje­dyn­ku­jesz. Z myśla­mi, sło­wa­mi, pal­ca­mi, pik­se­la­mi. Wcho­dzisz z nimi na wojen­ną ścież­kę. Wyszłaś z wpra­wy, a jed­no­cze­śnie masz sil­ną potrze­bę wyrzy­ga­nia z sie­bie wszyst­kie­go, co do tej pory zale­gło ci pod skó­rą. Wydra­pu­jesz je z sie­bie siłą. Po całym pro­ce­sie masz prze­krwio­ne oczy, wyrwa­ne wło­sy i zdra­pa­ną skó­rę. Prze­po­ło­wio­ne ser­ce, roz­trza­ska­ną gło­wę, zady­mio­ną duszę.

Leżysz nie­ru­cho­mo. Sło­wa zawi­sły, ujrza­ły świa­tło dzien­ne, oglą­da­ją je ludzie. Dyn­da­ją na sznu­recz­kach two­jej wyobraź­ni, jak­by tyl­ko cze­ka­ły na swo­ją kolej. Wyglą­da­ją tak nie­win­nie. Nikt nawet nie podej­rze­wa, że kil­ka chwil wcze­śniej prze­ty­ra­ły cię przez wszyst­kie pię­tra blo­ku, w któ­rym miesz­kasz, by na ostat­nim zrzu­cić cię z bal­ko­nu pro­sto do kon­te­ne­ra z beto­nem.

Oria­no, gdzie jesteś?
Czy wiesz, ile jesz­cze mam do cie­bie pytań?
Czy możesz mi cho­ciaż powie­dzieć, gdzie po śmier­ci idą wil­ki?

Czy ktoś prze­wi­dział dla nich jakąś namiast­kę nie­ba?