listy do Oriany Fallaci

listy do Oriany Fallaci
Pierwszy raz od niepamiętamkiedy obudziłam się z ulgą i wielkim zdziwieniem, że dożyłam jutra.
To niby nie takie trudne, ale w moim życiu bywają noce, kiedy z powodu bólu jestem gotowa się oddać i poddać nawet Śmierci. To taki rzadki moment, kiedy jestem słaba i podatna na zranienia. W noce jak te lubię być sama. Bo nikt nie powinien widzieć wilka z odsłoniętymi ranami.

Więc obudziłam się z ulgą, wiosenny deszcz dudnił w zadaszenie balkonu, sceneria wprost idealna, żeby wyskoczyć z wyrka (na tyle, na ile pozwalało na to moje pokiereszowane nocnymi turbulencjami ciało), zaopatrzyć się w filiżankę mocnej, waniliowej kawy i uruchomić edytor tekstowy w komputerze.

Jeśli ktoś mnie podgląda na fejsbuku albo instagramie (a paradoksalnie mam sporą nadzieję, że nie, bo wstyd mi za taki profil, który zieje pustką, a którego nie zapełniam sobą, bo mi tak jakoś głupio, bo nie lubię spamować, bo generalnie jestem chodzącym nonsensem), to wie, że ocipiałam na twoim punkcie. I że czytam cię wciąż i wciąż właśnie po to, żeby się dowiedzieć, dlaczego tak właściwie ocipiałam na twoim punkcie.

Gdy wpadła mi w ręce twoja biografia, intuicja od razu podsunęła mi myśl – ona jest wilkiem.
Byłaś wilkiem, Oriano.

Ale co to właściwie znaczy, kiedy mianuję kogoś zaszczytnym tytułem wilka? To znaczy, że mogłabym temu człowiekowi zaufać. Że jego życie jest piękne, choć na swój sposób przeklęte. Że jest podatny na zranienia, ale ma dzikie serce, którego – wg Oscara Wilde’a – i tak nie można złamać (kto nie wierzy Oscarowi, ten trąba). Że chciałabym tego człowieka poznać, a jeśli nie mogę, to przynajmniej dowiedzieć się o nim jak najwięcej. Potwierdziłaś moje przypuszczenia co do twojej wilczej natury w „Liście do nienarodzonego dziecka”, nad którym będę się rozwodzić kiedy indziej.

Zburzyłaś we mnie cały spokój, jaki próbowałam od miesięcy w sobie zgromadzić. Do teraz nie wierzę, że udało ci się to osiągnąć z taką łatwością! Po prostu wdarłaś się do moich trzewi i wywróciłaś cały mój światko-pogląd do góry nogami, jakbyś była niezadowolona z tego, co zastałaś w mojej głowie, zanim cię poznałam. Urzekło mnie każde zdanie na twój temat, a teraz urzeka mnie każde słowo wystukane przez ciebie na maszynie do pisania.

Miałam już podobnego bzika na punkcie V. Woolf. Przeczytałam wtedy wszystko, co dorwałam w swoje ręce. A potem przeczytałam jeszcze więcej. I napisałam na jej temat pracę dyplomową, która w zasadzie obroniła się sama.

Co do ciebie miałam przede wszystkim intuicję. Intuicję wilka. Wiedziałaś, że w kulturze japońskiej wilk jest stworzeniem, który widzi to, co ukryte? Odnalazłam w tobie pokrewieństwo mnie samej. A zawsze na takie odkrycia aż mnie skręca z ekscytacji, że byłaś, i ze smutku, że nie zdążyłam – i już nie zdążę – cię poznać.

Najbardziej krzyczałam, gdy pod koniec okazało się, że miałaś takiego samego fioła na punkcie melodyki, tonu i plastyki słów jak ja. Nie mogłam uwierzyć, że po tym świecie łażą podobne pod tym względem do mnie wariatki! Wszystko zaczęło nabierać sensu. To, dlaczego tak dobrze czyta mi się twoje słowa, nawet jeśli w największej mierze traktują o polityce, której ja – w związku ze swoim ignoranckim blond genotypem – nie czaję i raczej nie trawię. Potem z kolei zdałam sobie sprawę, że to wciąż nie to, bo nad melodyką słów mogłaś czuwać tylko w przypadku książek tłumaczonych na języki, które znałaś – hiszpański, francuski i angielski. I oczywiście pojawił się nowy bzik – dorwać wszystkie hiszpańskojęzyczne przekłady twoich powieści, by móc zasmakować tych słów na własnym języku.

Nie godzę się na twoją śmierć. Nie teraz, gdy dopiero zaczęłam cię odkrywać. Nie godzę się na to, że najważniejszą powieść, którą planowałaś zakończyć na roku 1944, musiałaś urwać ponad sto lat wcześniej.

Wyznam ci skrycie, że wstyd mi coś pisać, gdy wpadam w ciąg czytelniczy. W tę dziką żądzę literatury i pochłaniania wszystkiego, co wpadnie w moje łapska. Im większe tomiszcze, tym lepiej. Im mniejsza czcionka, tym najlepiej.
Zerkam nieśmiało na bloga i po raz setny zadaje sobie pytanie, po co?

Po co pisać o niczym, skoro tyle osób pisze już o czymś, a tylu pisarzy napisało już o wszystkim? Dlaczego mi się wydaje, że moje pisanie musi zaistnieć w sensie fizycznym, skoro nie mam nic istotnego do powiedzenia? I kiedy literatura piękna zaszczuje mnie tymi przygnębiającymi myślami, milknę. Dla dobra was wszystkich, dla niedobra mnie samej.

Bo w pewnym momencie słowa kumulują się i obracają przeciwko tobie, gdy nie znajdziesz dla nich żadnego ujścia. Jest ich tyle, że działa to wyłącznie na niekorzyść twojej głowy. Tworzą w niej tryliard scenariuszy i historii, z których nie jesteś w stanie wyłuskać tej jednej, istotnej, bo przyćmiewają ją szczegóły tysiąca innych.

Więc bijesz się, pojedynkujesz. Z myślami, słowami, palcami, pikselami. Wchodzisz z nimi na wojenną ścieżkę. Wyszłaś z wprawy, a jednocześnie masz silną potrzebę wyrzygania z siebie wszystkiego, co do tej pory zaległo ci pod skórą. Wydrapujesz je z siebie siłą. Po całym procesie masz przekrwione oczy, wyrwane włosy i zdrapaną skórę. Przepołowione serce, roztrzaskaną głowę, zadymioną duszę.

Leżysz nieruchomo. Słowa zawisły, ujrzały światło dzienne, oglądają je ludzie. Dyndają na sznureczkach twojej wyobraźni, jakby tylko czekały na swoją kolej. Wyglądają tak niewinnie. Nikt nawet nie podejrzewa, że kilka chwil wcześniej przetyrały cię przez wszystkie piętra bloku, w którym mieszkasz, by na ostatnim zrzucić cię z balkonu prosto do kontenera z betonem.

Oriano, gdzie jesteś?
Czy wiesz, ile jeszcze mam do ciebie pytań?
Czy możesz mi chociaż powiedzieć, gdzie po śmierci idą wilki?

Czy ktoś przewidział dla nich jakąś namiastkę nieba?