listy do Kiryła

Ulu­bio­ny mój, mam do cie­bie kil­ka słów.
Zawo­alo­wa­nych inny­mi sło­wa­mi, zna­cze­nia­mi, emo­cja­mi. Bo o tych pro­stych spra­wach pisze się naj­trud­niej, zresz­tą wiesz.

Jestem zmę­czo­na i tro­chę się boję. Raz — tej odpo­wie­dzial­no­ści, z któ­rą czu­ję, że mi nie do twa­rzy. Dwa — tych tęsk­not roz­sy­pa­nych niczym pyłek po całym glo­bie. Tego, że nam nie będzie po dro­dze. I że pew­ne­go fatal­ne­go dnia prze­sta­niesz czu­wać rano nad moją kawą, gdy jestem zbyt zaję­ta wyszar­py­wa­niem ostat­nich minut snu przed roz­dzie­ra­ją­cym ser­ce budzi­kiem.

Pamię­tasz, jak leża­łam w łóż­ku na roz­gwiaz­dę, z ocza­mi sze­ro­ko wpa­trzo­ny­mi w zie­lo­ny sufit i obie­cy­wa­łam sobie, że ja już nigdy nic nie? Wla­złeś mi w sufi­to­wy kadr swo­im pogod­nym uśmie­chem i powie­dzia­łeś leni­ka, tyl­ko się z tym pospiesz, bo zaraz nam zamkną wybieg i nie zdą­żysz wil­kom życzyć dobrej nocy.

Albo jak sobie rwa­łam wło­sy z gło­wy z eks­cy­ta­cji, po całym miesz­ka­niu wala­ły się jakieś kolo­ro­we świst­ki, zdję­cia, zapi­ski, frag­men­ty wytar­ga­ne z gazet, sza­li­ki wydzier­ga­ne z weł­ny, taśmy, tasiem­ki, nożycz­ki, miar­ki, ołów­ki, a ty wie­dzia­łeś, wie­dzia­łeś jak nikt, że trze­ba mi pozwo­lić tonąć w tym sza­leń­stwie, trze­ba mi dać prze­strzeń, trze­ba do mnie nie mówić nic ani pół­gęb­kiem, trze­ba mi dać zwa­rio­wać, trze­ba sobie wziąć swo­ją pra­cę i prze­nieść się z nią do kąci­ka nie opa­no­wa­ne­go jesz­cze moim sza­łem i tkwić tam w mil­cze­niu, dopó­ki nie posta­no­wię we wszyst­ko cię wta­jem­ni­czyć.

Albo jak mnie wzią­łeś za rękę i pocią­gną­łeś nie­pa­mię­tam gdzie, gdy na widok ojca sto­py wro­sły mi na zawsze w zie­mię.
Ja pamię­tam, bo nie cha­dzam z męż­czy­zna­mi nigdzie za rękę.

Ktoś za oknem gra na for­te­pia­nie. Nie umiem tak ład­nie opi­sać ład­ne­go, któ­re jest mię­dzy nami.

Sły­sza­łam, że uło­ży­łeś sobie życie. Ja też. Już tyl­ko poran­ki mam cudow­nie leni­we. Tyle że kawy muszę pil­no­wać sobie sama a i nie­któ­re obia­dy dopra­wiam zamiast solą — łza­mi.

Jesz­cze co rano odpro­wa­dzasz mnie do pra­cy. Przez cały dzień w uszach cichut­ko dzwo­ni mi two­je poże­gnal­ne zda­nie. Na koń­cu języ­ka mam te sło­wa.

Okrop­nie tęsk­nię, że cię tu nie ma.