Lenika snuje domysły: jak pisać

Z ser­ca, z gło­wy, z zeszy­tu, z pla­nu. Z potrze­by, rza­dziej z przy­mu­su.
Tytuł dziw­ny jak na kogoś, kto mógł­by sta­nąć na podium w kate­go­rii na naj­bar­dziej nie­re­gu­lar­ne i nie­prze­wi­dy­wal­ne wpi­sy.

Ale sie­dzia­łam aku­rat buzią skie­ro­wa­ną w stro­nę słoń­ca, czy­li byłam w czymś zbli­żo­nym do sta­nu medy­ta­cji, a zawsze wte­dy zada­ję swo­jej pod­świa­do­mo­ści to szcze­gól­ne pyta­nie: “co powin­nam teraz wie­dzieć?”.
I zaświe­ci­ła mi się roz­ter­ka: jak pisać?

To nie jest tak, że piszę tyl­ko tutaj. Blog trak­tu­ję raczej jako ujście dla tych wszyst­kich słów, któ­re muszę z sie­bie wypróż­nić, a któ­re nie­ko­niecz­nie nada­ją się dla innych par oczu.

Mam cho­ciaż­by bar­dzo naboż­ny sto­su­nek do pisa­nia dzien­ni­ko-pamięt­ni­ków. Pro­wa­dzę je z róż­ny­mi prze­rwa­mi od cza­su cze­ka­nia na dziad­ka w świe­tli­cy mojej pod­sta­wów­ki (czy­li zaczę­łam regu­lar­nie pisać, gdy mia­łam 8–9 lat). Nie zda­jąc sobie spra­wy z upły­wu cza­su, tam­tej­sze pamięt­ni­kar­skie wpi­sy dato­wa­łam nie­zmien­nie sło­wem „dzi­siaj”.

Dzi­siaj Iza powie­dzia­ła mi, że pani na pol­skim powie­dzia­ła, że w wypra­co­wa­niu nie może być wię­cej niż osiem­na­ście prze­cin­ków.

Wąt­pię, że pani tak powie­dzia­ła, ale Iza strasz­nie mi zazdro­ści­ła moje­go duże­go zeszy­tu, w któ­rym non stop coś skro­ba­łam i robi­ła wszyst­ko, by mnie do tego znie­chę­cić.

Dzi­siaj ze świe­tli­cy odbie­ra mnie tata.

Poja­wie­nie się „taty” w świe­tli­cy zakra­wa­ło o świę­to naro­do­we i dla­te­go nale­ża­ło odno­to­wy­wać je w pamięt­ni­ku.

Dzi­siaj się dowie­dzie­li­śmy, że dosta­nie­my nową nauczy­ciel­kę, bo pani Moni­ka powie­dzia­ła, że ma w brzu­chu dzi­dziu­sia.

Nigdy jej tego dzi­dziu­sia nie wyba­czy­łam, bo do żad­nej nauczy­ciel­ki nie przy­wią­za­łam się tak moc­no jak do niej. W zamian dosta­li­śmy har­pię, któ­ra cią­gle wrzesz­cza­ła i mia­ła wyłu­pia­ste oczy.

Dopie­ro pani ze świe­tli­cy, zaglą­da­jąc mi przez ramię w trak­cie mojej zawzię­tej pisa­ni­ny, zwró­ci­ła mi uwa­gę, że skąd za parę lat będę wie­dzia­ła, kie­dy było to moje „dzi­siaj”?

I tak nauczy­łam się dni, mie­się­cy, a potem nawet lat. Czy­li w zasa­dzie sło­dycz moje­go dzie­ciń­stwa dobie­gła koń­ca.

Nie sądzę, bym tych pamięt­ni­ków uzbie­ra­ła w cią­gu życia 150 tomów jak Ana­ïs Nin, ale kil­ku­na­sto­ma mogę się już pochwa­lić.

Do nie­daw­na pisa­łam też tek­sty na zle­ce­nie, ale tak bar­dzo zatę­sk­ni­łam za insty­tu­cją sze­fa, że dłu­żej nie mogłam bawić się w wol­no­strze­lec­ki copyw­ri­ting (będzie o tym osob­ny wpis).

Są też nie­za­leż­ne histo­rie, któ­rych na blo­gu nie publi­ku­ję, bo za bar­dzo się boję, że zosta­nę zwy­zy­wa­na od gra­fo­ma­nek osta­tecz­nych.

Czy­li piszę. 
W jakim­kol­wiek momen­cie życia się znaj­du­ję — piszę.
Czy na tym zara­biam, czy nie — piszę.

Czy potra­fię pisać? Nie­któ­rzy twier­dzą, że tak, inni twier­dzą, że nie, ja twier­dzę, że jestem gdzieś pomię­dzy.

Odpo­wie­dzi na pyta­nie „jak pisać” powin­no być tyle, ile osób piszą­cych. 

Prze­czy­ta­łam ostat­nio książ­kę „Jak oni pra­cu­ją. Roz­mo­wy z pol­ski­mi twór­ca­mi”. Co naj­mniej poło­wa wymie­nio­nych w książ­ce twór­ców to pisa­rze.
Podob­nie jak autor­ka, chcia­łam odna­leźć wspól­ny mia­now­nik dla wszyst­kich, któ­rzy pcha­ją swo­je dzie­ła dalej. Piszą, two­rzą, kreu­ją, zbli­ża­ją się do celu.

Wspól­ne­go mia­now­ni­ka jed­nak nie ma.

Jed­ni pra­cu­ją za dnia, dru­dzy w nocy. Jed­ni po kil­ku fili­żan­kach kawy, inni po dzban­ku zie­lo­nej her­ba­ty. Jed­ni wśród ludzi, inni w cał­ko­wi­tej pusz­czy, w odosob­nie­niu.

Żaden z nich nie pole­ga na tzw. wenie.
Korzy­sta z niej, gdy nadej­dzie, ale we wszyst­kie inne dni po pro­stu sadza dup­sko przy swo­im miej­scu pra­cy i zabie­ra się za swo­ją, nie­kie­dy żmud­ną, robo­tę.

Cza­sa­mi tak umiem, cza­sa­mi nie.
Jeśli nie ma nade mną bata w posta­ci sze­fa, deadline’u albo cho­ciaż publicz­ne­go zobo­wią­za­nia, sta­ję się mistrzem auto-wymó­wek.

Naj­mi­lej pisze mi się w nocy, kie­dy biur­ko oświe­tla wyłącz­nie moni­tor kom­pu­te­ra i tan­det­na, zapa­cho­wa świecz­ka.
Ste­ty lub nie, wią­że się to z powsta­niem tek­stów mniej lub bar­dziej ode­rwa­nych od rze­czy­wi­sto­ści.
Nie mam wte­dy kon­tro­li nad tre­ścią. To ona nada­je tem­pa moim pal­com i kie­ru­je mnie w stro­nę moty­wu, któ­re­go na eta­pie powsta­wa­nia kolej­nych słów i zdań wciąż nie potra­fię uchwy­cić.

Kie­dy mam do zre­ali­zo­wa­nia kon­kret­ny temat, pod­cho­dzę do nie­go meto­dycz­nie.
Potrze­bu­ję do tego wiel­kiej kart­ki papie­ru, któ­ra sta­je się moim cen­trum dowo­dze­nia, z pla­nem, mapą myśli i luź­ny­mi reflek­sja­mi poja­wia­ją­cy­mi się w mojej gło­wie w locie.

Zwią­zu­ję wło­sy na czub­ku gło­wy w nie­dba­ły kok i pod­wi­jam ręka­wy, jak­bym szy­ko­wa­ła się do wiel­kiej bit­ki.
Dużo piję (kawa, her­ba­ta, woda, cza­sa­mi wino, któ­re­go z dziw­nych powo­dów mam w miesz­ka­niu mnó­stwo, a w chwi­lach naj­więk­sze­go bur­żuj­stwa — ulu­bio­ne ciem­ne piwo), a żeby nie pod­gry­zać z ner­wów swo­ich pal­ców, pod­gry­zam przy­go­to­wa­ne na tę oka­zję orze­chy.

Z pla­nu wykre­ślam wszyst­kie frag­men­ty, któ­re nudzą mnie już w trak­cie pierw­sze­go czy­ta­nia.
W pisa­niu cho­dzi o umie­jęt­ne skra­ca­nie, co wciąż sta­no­wi dla mnie naj­więk­sze wyzwa­nie.

Zda­nia bier­ne sta­ram się prze­kształ­cać w czyn­ne, zwłasz­cza przy mojej ten­den­cji do kwie­ci­ste­go owi­ja­nia w baweł­nę. Ten pro­sty myk potra­fi nud­ną zajaw­kę tek­stu prze­kształ­cić w lite­rac­ki maj­stersz­tyk.

Mój tekst musi mieć rytm i brzmieć pra­wie jak muzy­ka.
Cza­sa­mi doda­ję jakieś zbęd­ne sło­wo tyl­ko po to, by zapeł­nić lukę w brzmie­niu zda­nia, bo nie lubię się poty­kać.

Kie­dy mam total­ną blo­ka­dę, tera­peu­ty­zu­ję się pisa­niem auto­ma­tycz­nym, emo­cjo­nal­nym. Czy­li piszę wszyst­ko, cokol­wiek śli­na przy­nie­sie mi na pal­ce, nawet jeśli ani pół zda­nia nie ma naj­mniej­sze­go sen­su. Na 90% w koń­cu pad­nie sło­wo lub zda­nie, któ­re zain­spi­ru­je mnie do cze­goś wię­cej.

Nie lubię pisać. 
Lubię za to, gdy już jest napi­sa­ne.
Etap two­rze­nia mnie prze­ra­ża, przy­tła­cza, a nie­kie­dy nawet prze­ra­sta. Etap koń­co­wy z kolei głasz­cze mnie po głów­ce i uspo­ka­ja.

Co inne­go bazgro­le­nie w dzien­ni­kach — to jedy­ne miej­sce, gdzie pisa­nie i uża­la­nie się nad sobą bez oczu trze­cich, przy­no­si mi ulgę, pew­ne­go rodza­ju oczysz­cze­nie.

I tak sobie trwam w swo­jej pisa­nej mio­ta­ni­nie od lat.

Jak pisać?
Jak chcesz.
Po swo­je­mu. Jak Ci dobrze. Kie­dy masz na to ocho­tę, kie­dy czu­jesz, że za dużo słów zosta­ło pomy­śla­nych, a za mało zapi­sa­nych.

Tyl­ko pamię­taj, że w jed­nym wypra­co­wa­niu nie może być wię­cej niż osiem­na­ście prze­cin­ków. ♥