kochany pamiętniczku

kochany pamiętniczku
Wcho­dzę do two­je­go domu z pust­ką w środ­ku. Dzi­siaj to ja zaj­mu­ję się psem. Mówi­łeś, że zawsze mogę tam przyjść, jeśli poczu­ję się niczy­ja. Pie­seł z rado­ści na mój widok nie­mal­że zwa­la mnie z nóg, bo moja oso­ba jest jedy­nym, co go łączy z two­ją nie­obec­no­ścią. Może myśli, że sko­ro jestem ja, za moment do domu wej­dziesz i ty. Mer­da ogo­nem i patrzy z rado­snym ocze­ki­wa­niem na drzwi. Jego spoj­rze­nie jest tak prze­ko­ny­wu­ją­ce, że przez chwi­lę nawet ja łapię się tej złud­nej nadziei.

Roz­glą­dam się dooko­ła i wiesz co? Nic się tu nie zmie­ni­ło. Jakieś przed­mio­ty poroz­rzu­ca­ne w bie­gu obra­sta­ją kurzem. Z przy­zwy­cza­je­nia kolej­ne kro­ki sta­wiam na pal­cach, jak­by po poko­jach roz­sia­ne były śpią­ce wróż­ki, któ­rych nie wol­no obu­dzić. Nigdy nie rozu­mia­łam, skąd w tym domu bie­rze się tyle świa­tła. Wła­ści­wie jak dłu­go cię już nie ma? Bab­cia Józia mówi, że mie­siąc, ja się z nią tar­gu­ję, że rok.

Bab­cia Józia kroi cia­sto i czę­stu­je mnie czar­ną her­ba­tą w szkla­necz­kach z koszycz­kiem, któ­re mnie zawsze roz­czu­la­ją.

- Kirył dzwo­ni i pyta o cie­bie. Czy byłaś, czy sobie wzię­łaś te książ­ki co chcia­łaś, czy spa­łaś z psem. Cią­gle tyl­ko: „bab­cia, a Leni­ka była?”.

To nie na moje ner­wy, te pyta­nia i to bycie/niebycie w domu, któ­ry jest na poły nasz, na poły niczyj. Zasła­niam dło­nią oczy, jak­bym pró­bo­wa­ła prze­pę­dzić z pola widze­nia nie­chcia­ne myśli.
- Dziec­ko, ty wiesz, że on wró­ci, praw­da?
- Bab­ciu… cza­sa­mi po pro­stu… powro­ty nie wcho­dzą w grę.
- Ale nie jego. Wnu­ka swo­je­go znam lepiej niż wła­sną kie­szeń! Nic mi o tobie pra­wie nie mówi, choć­bym go za język cią­gnę­ła trze­ma bryt­fan­ka­mi szar­lot­ki. Jak kamień w wodę. O tych swo­ich innych to mu się jadacz­ka nie zamy­ka­ła, że takie, że sia­kie, że tego nie lubią, tam­te­go nie rozu­mie­ją, nie tak jak powin­ny się śmie­ją, bla bla bla, aż mu bab­cia musia­ła powie­dzieć: „znajdź se wnu­siu jakąś lep­szą, wię­cej war­tą”. No to sobie zna­lazł cie­bie i nic mi o tobie nie mówi, tyl­ko gdzie aku­rat jesteś i co robisz, jak­byś już była sta­łym i nie­od­łącz­nym ele­men­tem jego codzien­no­ści.
Mogła­bym być czy­imś sta­łym i nie­od­łącz­nym ele­men­tem codzien­no­ści, widzę się w tej roli. To musi być przy­jem­ne uczu­cie — cał­ko­wi­te zako­twi­cze­nie swe­go ist­nie­nia w dru­gim czło­wie­ku, któ­ry nie boi się zagar­nąć mnie całą w swo­je spra­wy i ręce.

Jego pokój jest ogo­ło­co­ny ze wszyst­kie­go, co mu kie­dyś nada­wa­ło przy­tul­ny cha­rak­ter. Pie­seł czu­je się tam jak u sie­bie — opro­wa­dza mnie po naj­cia­śniej­szych zaka­mar­kach, w któ­rych skry­wa swo­je sekre­ty na wypa­dek, gdy­bym chcia­ła roz­wi­kłać z nim jakiś wiel­ki spi­sek. Wci­ska swój wiel­ki łeb pod łóż­ko i po kil­ku mach­nię­ciach zadem wysu­wa się ze sta­rym pod­ręcz­ni­kiem do fizy­ki z cza­sów liceum. Potem nur­ku­je pod pościel i z dumą przy­no­si mi gumo­wą pisz­czał­kę. Wyra­zy moje­go podzi­wu nie mają koń­ca, a siła roz­pę­du pie­se­ło­we­go ogo­na jest wprost pro­por­cjo­nal­na do moich pochwał.

- Pie­seł, mam za sobą napraw­dę cięż­ki tydzień, może po pro­stu pój­dzie­my spać?

Sia­da i patrzy na mnie z lek­kim powąt­pie­wa­niem, ale pod­da­je się po dwóch jękach dez­apro­ba­ty. Szu­kam po szaf­kach atra­py mojej noc­nej pidża­my, a Pie­seł mości się od razu po lewej stro­nie łóż­ka.

- Skąd wie­dzia­łeś? — pytam bez­myśl­nie i zanim dosta­ję odpo­wiedź, do poko­ju wpa­da Bab­cia Józia ze słod­kim czymś paru­ją­cym w pokie­re­szo­wa­nej zmarszcz­ka­mi dło­ni.

- Bogu dzię­ki żeś przy­szła, to będę mu mogła wresz­cie poprzy­ta­ki­wać na te jego pyta­nia! No była Leni­ka, była, powiem mu.

Spa­ła w two­im poko­ju, bo się bie­dacz­ka na płu­ca i oskrze­la pocho­ro­wa­ła, i już się żyw­cem nie mia­ła gdzie podziać z tą swo­ją bez­pań­sko­ścią.