kochankowie mojego dzieciństwa

Kogo mała Len­ka praw­dzi­wie kocha­ła, tego duża Lena nigdy się nie dowie­dzia­ła.

Otwo­rzy­łam dzie­cię­ce pamięt­ni­ki i ogar­nę­ła mnie nostal­gia.
Jak Dzia­dek Kazik dawał wnu­kom 10 albo 20 zł „na cze­ko­la­dę”, było wia­do­mo, że ja pobie­gnę do skle­pu i kupię sobie nowy zeszyt i nowy dłu­go­pis — koniecz­nie w całym zesta­wie.

Zawsze dosta­wa­łam za to od ojca opier­dol.

„Nie możesz być nor­mal­nym dziec­kiem i kupić sobie za to góry słodyczy???!!11”
„Po co wyda­jesz pie­nią­dze na takie głupoty??!!!1111”

Jak widzisz, tato (moje pal­ce odru­cho­wo par­sk­nę­ły śmie­chem, gdy prze­pusz­cza­ły to sło­wo przez kla­wia­tu­rę), two­ja świa­tła filo­zo­fia dopro­wa­dzi­ła cię do samot­ne­go życia z nad­wa­gą, a moje zesta­wy papier­ni­cze do utrzy­my­wa­nia mnie m.in. z pisa­nia wła­śnie. Kto ma gorzej? (głu­pi ciu­lu? chcia­ło­by się dodać, ale mój blog to kul­tu­ral­ne miej­sce i tutaj damy klną jak damy, a nie jak szewc)

Zen byłam od maleń­ko­ści, więc wszyst­kie pamięt­ni­kar­skie wpi­sy dato­wa­łam na bez­tro­skie „dzi­siaj”.

„Dzi­siaj dzia­dek zło­wił duuuużą rybę. Kie­dy bab­cia przy­go­to­wa­ła ją na mien­so (pisow­nia ory­gi­nal­na — przyp. czło­wie­ka z licen­cją na doro­słość) to zje­dli­śmy i uda­li­śmy się na sen” (udać się na sen — to brzmi jak mło­dość).

„Dzi­siaj Iwo­na goni­ła mnie po całym pla­cy­ku i pró­bo­wa­ła mnie kopać po dupie, żeby przy­po­do­bać się takie­mu chło­pa­ko­wi Prze­mko­wi” (hash­tag praw­dzi­wa histo­ria).

Bab­cia i dzia­dek igno­ro­wa­li moje marze­nia o pisar­stwie i wró­ży­li mi z pie­gów na nosie karie­rę model­ki. Kłó­ci­li się i nie zga­dza­li kon­se­kwent­nie we wszyst­kim, a z tym jed­nym jakoś pro­ble­mu nigdy nie mie­li. Byłam wyso­ka, blon­d­wło­sa i jesz­cze wte­dy cała w pie­gach. Dziś z pie­gów zosta­ły się już tyl­ko ostat­nie kolo­nie na ramio­nach, a z mode­lin­gu nie­speł­nio­ne rosz­cze­nia dziad­ków i Syn­drom Bitch­Fa­ce, któ­rym nie­chcą­cy stra­szę nowo­po­zna­ne oczy. Może dla świę­te­go spo­ko­ju to na nich zrzu­cę tę moją poźno-doj­rze­wa­ją­cą ano­rek­sję? Na kogoś prze­cież muszę.

Pierw­szy raz zako­cha­łam się w wie­ku 4/5 lat. Miesz­ka­łam wte­dy w meblo­ścian­ko­wym miesz­kan­ku z mamą i bra­tem, któ­re­go czę­sto odwie­dzał doro­sły kole­ga (miał z dzie­sięć lat, co dla mnie było rów­no­znacz­ne z doro­sło­ścią).

Pamię­tam, jak gor­li­wie uda­wa­łam, że go nie lubię, ale rów­nie gor­li­wie poży­cza­łam mu swój kal­ku­la­tor (już wte­dy zdra­dza­łam pociąg w stro­nę elek­trycz­nych gadże­tów) i czę­sto­wa­łam pudro­wy­mi cukier­ka­mi.

Za nic w świe­cie nie mogę przy­po­mnieć sobie ani jego imie­nia, ani tym bar­dziej twa­rzy, ale cho­dzi o to, że ser­ce dosko­na­le pamię­ta, że wte­dy po raz pierw­szy napraw­dę kocha­ło.