kim jest ta dziewczyna?

Chcia­łam dzi­siaj napi­sać o pięk­nie, bo jak mnie łapie tęsk­no­ta Za Czymś to dzie­ją się dwie rze­czy: oczysz­czam mak­sy­mal­nie prze­strzeń na biur­ku (może zostać notat­nik i dłu­go­pis), a potem otwie­ram kom­pu­ter albo rze­czo­ny notat­nik i zaczy­nam pisać.

Tyl­ko że już na wej­ściu chcia­łam do tema­tu podejść nie­wła­ści­wie, kon­wen­cjo­nal­nie. Czy­li wie­cie — dowie­dzieć się po boże­mu, po bud­de­mu, po stu­denc­ku, jaka wła­ści­wie jest ta defi­ni­cja pięk­na. Nie wiem jak tobie, ale mnie odpo­wiedź nasu­wa się sama. Nie może być jed­nej defi­ni­cji pięk­na, tak jak nie może być na świe­cie dwóch takich samych egzem­pla­rzy jakie­goś czło­wie­ka. Więc nie spraw­dzi­łam. Ani w Biblii, ani w Sutrach, ani w kse­rów­kach stu­den­tów filo­zo­fii.

Chcia­łam napi­sać o pięk­nie, bo tęsk­nię za pięk­nem. Za este­ty­ką, za deta­la­mi, za niu­an­sa­mi. Przede wszyst­kim za nie­oczy­wi­sto­ścia­mi.

Jestem jed­ną z tych miliar­da kobiet, któ­re nie rozu­mie­ją, że jak się im mówi, że są pięk­ne, to zna­czy, że są pięk­ne. Sta­ty­sty­ki zakom­plek­sie­nia u kobiet utrzy­mu­ję z dumą na nie­przy­zwo­icie wyso­kim pozio­mie, ale ostat­nio z jesz­cze więk­szą dumą ze sche­ma­tu zaczy­nam się wyła­my­wać.

Swo­je­go prze­ło­mu już doko­na­łam.
Już nie zer­kam ner­wo­wo na pięk­ne dziew­czy­ny i nie myślę „chcia­ła­bym być jak ona, chcia­ła­bym mieć takie nogi, brzuch, dupę, ramio­na, wysta­ją­ce kości żebro­we i policz­ko­we”. Zmie­ni­łam to na „chcia­ła­bym wyglą­dać tak natu­ral­nie jak ona, chcia­ła­bym być tak ład­nie nie­do­sko­na­ła, chcia­ła­bym tak lubić miesz­kać w swo­jej skó­rze, chcia­ła­bym roz­sie­wać podob­ną aurę samo­za­do­wo­le­nia”.

Uwiel­biam natu­ra­lizm, realizm i nie­do­sko­na­lizm ludz­kie­go cia­ła.

Jak mi się o tym zapo­mni, to miaż­dżę reszt­ki nar­cy­stycz­nych kom­plek­sów wyobra­że­niem dyso­nan­su.
Widzę czło­wie­ka, któ­ry nie ma ręki, nogi, nie widzi, nie sły­szy, jest umy­sło­wo upo­śle­dzo­ny albo wszyst­ko na raz. I pew­nie tak jak ja — ola­bo­ga — ma cel­lul­lit.
I z punk­tu umie­ram ze wsty­du, że śmia­łam mój cel­lul­lit zakwa­li­fi­ko­wać do kate­go­rii „pro­blem”.

Ale i tak naj­więk­szy kom­ple­ment jest wte­dy, jak Patryk mię­dzy jed­nym kwi­kiem a dru­gim mówi: „jesteś taka śmiesz­na”.

jestem taka, jaka jestem, i muszę się zaak­cep­to­wać; taka się uro­dzi­łam, w tym mie­ście, z tym dia­lek­tem, bez pie­nię­dzy; dam z sie­bie tyle, ile mogę dać, wezmę, co mogę wziąć, znio­sę, co trze­ba będzie znieść.”

To jedy­ny cytat, któ­ry mnie okru­szyn­kę uwiódł z Fer­ran­te. Pro­sty taki. Potrzeb­ny. W sam raz do zapa­mię­ta­nia.

Rze­czy, któ­ry­mi się zachwy­cam naj­moc­niej, są jed­no­cze­śnie naj­bar­dziej odle­głe od moich rze­czy­wi­stych zain­te­re­so­wań. Nie umiem tego w sobie zro­zu­mieć ani tym bar­dziej komuś wytłu­ma­czyć. Noca­mi śnię jak opę­ta­na o desi­gnie użyt­ko­wym, o któ­rym wła­ści­wie nic nie wiem i o boskich wnę­trzach, w któ­rych chcia­ła­bym pra­co­wać i miesz­kać. A potem budzę się i zno­wu jestem sza­rym czło­wie­kiem, któ­ry zle­wa się ze ścia­ną i z tłu­mem.

Tro­chę mi przy­kro, że zgu­bi­łam gdzieś swo­ją wyjąt­ko­wość. Taką wie­cie, zwy­kłą-nie­zwy­kłość, któ­rą ma każ­dy. Dużo mi to ode­bra­ło chę­ci się­ga­nia w życiu po wię­cej i sta­ra­nia się bar­dziej. Pra­cu­ję jed­nak dziel­nie nad zre­ha­bi­li­to­wa­niem się w swo­ich oczach. Bo na niczy­jej opi­nii nie zale­ży mi tak bar­dzo, jak na wła­snej.
I to o tym muszę przede wszyst­kim pamię­tać.

Więc kim jest ta dziew­czy­na?

Żywi się wia­trem i muzy­ką. Tro­chę żyje prze­szło­ścią, ale nie­chęt­nie. Chy­ba dla­te­go, że prze­szłość wbrew pozo­rom była ład­na. Cho­ciaż od chle­ba i od zmar­twień rośnie brzuch, ani z jed­ne­go, ani z dru­gie­go nie umie zre­zy­gno­wać. Tak samo lubi jeść jak lubi nie jeść. Na dru­gie chcia­ła­by mieć na imię Rów­no­wa­ga, zamiast Joan­na.

Myśli, co dalej. A jak nie wie, to sta­ra się pamię­tać, że kie­dyś w koń­cu musi być prze­pięk­nie.

ZapiszZapisz