kiedy Harry poznał Charlotte

 To był naj­dziw­niej­szy syl­we­ster w całym moim życiu, cho­ciaż poprzed­nich nawet nie pamię­tam.

Dzień wcze­śniej wylą­do­wa­łam w szpi­ta­lu z oka­zji zła­pa­nia paskud­nej mie­szan­ki gry­py, angi­ny i oko­ło­po­dob­nych wiru­sów. Zda­łam sobie tam spra­wę z nie­co­dzien­nych rze­czy i pod­ję­łam pew­ne decy­zje, któ­rych rano nie mia­łam już siły się trzy­mać (nie cho­dzi wca­le o jedze­nie, tyl­ko o męż­czy­znę).

Wyszłam jed­nak ze szpi­ta­la na wła­sne życze­nie, bo stwier­dzi­łam, że nie ma nic smut­niej­sze­go od żegna­nia sta­re­go roku w towa­rzy­stwie śred­nio ape­tycz­nej szpi­tal­nej pidża­my. W domu zosta­łam sama. Moja współ­lo­ka­tor­ka gdzieś wyszła, a na przy­ja­ciół uży­łam zmak­sy­ma­li­zo­wa­nej siły per­swa­zji, żeby ich wygo­nić w kie­run­ku zapla­no­wa­nej wcze­śniej impre­zy. Skła­ma­łam, że pój­dę spać. W tele­wi­zo­rze lecia­ły naj­lep­sze fil­my na chan­drę cho­rej, wie­czor­nej kobie­ty: pret­ty woman, legal­na blon­dyn­ka, sto­wa­rzy­sze­nie wędru­ją­cych dżin­sów, victoria’s secret fashion show. Dzi­wi­ło mnie tyl­ko, że bra­kło dzien­ni­ka Brid­get Jones (ale naj­wy­raź­niej nie moż­na mieć wszyst­kie­go). Mię­dzy oglą­da­niem, a powstrzy­my­wa­niem hard­ko­ro­wych napa­dów kasz­lu, roz­wią­zy­wa­łam egzy­sten­cjal­ne dyle­ma­ty: usiąść na pufie, czy na łóż­ku. Poło­żyć się, czy sta­nąć. Zjeść coś, czy się cze­goś napić. Uchy­lić okno, czy je domknąć. Cza­to­wa­łam też z bar­dzo daw­nym i zapo­mnia­nym już przez świat kole­gą z cza­sów liceum. Z bra­ku laku sie­dział ze mną na fejs­bu­kach i prze­chwa­lał się, ile dupe­czek z tin­der­ka przyj­dzie do nie­go poda­ro­wać mu z oka­zji syl­we­stra swo­je ciał­ka, bo kum­ple już daw­no o nim zapo­mnie­li. Kie­dy pró­bo­wał wyeg­ze­kwo­wać dupecz­kę i ode mnie, zro­bi­ło się nie­przy­jem­nie. Skoń­czy­ło się na tym, że ja potrak­to­wa­łam go tera­pią mil­czą­cej obo­jęt­no­ści, a on mnie wyzwi­ska­mi. Nie wiem, chy­ba jeste­śmy w takim wie­ku, że wypa­da cho­ciaż spra­wiać wra­że­nie w mia­rę ogar­nię­tych i emo­cjo­nal­nie sta­bil­nych.

Per­szing był nie­wzru­szo­ny na obec­ność fajer­wer­ków. Po pół­no­cy wzru­szał się już bar­dziej i nawet sta­nął w oknie, żeby wię­cej zaob­ser­wo­wać. Przy­po­mnia­łam sobie, że mam w bar­ku ruska­cza za pięć zło­tych z bie­dry i pomy­śla­łam, że to dobra oka­zja, by go uru­cho­mić, ale szyb­ko zda­łam sobie spra­wę, że akt otwie­ra­nia szam­pa­na nie jest prze­zna­czo­ny dla tak nie­sa­mo­dziel­nej i alko­ho­lo­wo nie­ogar­nię­tej kobie­ty jak ja. Zosta­łam przy butel­ce nie­ga­zo­wa­nej wody mar­ki Pisiont Gro­szy za 1,5l. Zapo­mnia­łam o zło­że­niu nowo­rocz­nych życzeń.

Potem oglą­da­łam powtór­ki sek­su w wiel­kim mie­ście. Kie­dy Har­ry uklęk­nął przed Char­lot­te, żeby oświad­czyć się jej w syna­go­dze, wybuch­nę­łam nie­kon­tro­lo­wa­nym pła­czem. Naj­pierw wyda­wa­ło mi się, że pisz­czę z rado­ści, ale potem skry­łam twarz w dło­niach i zaczę­łam dra­ma­tycz­nie szlo­chać. Do teraz nie wiem czy ze szczę­ścia, wzru­sze­nia czy smut­ku. Pod koniec pła­ka­łam już tyl­ko ze stra­chu, że nie rozu­miem, dla­cze­go wła­ści­wie pła­czę. Z moimi hor­mo­na­mi raczej wszyst­ko okej. Z moimi emo­cja­mi chy­ba też. Nikt mi ostat­nio nie zła­mał ani gło­wy, ani maci­cy, ani ser­ca. Więc co do cho­le­ry?

Pola mówi, że miłość Harry’ego i Char­lot­te jest czy­sta jak łza i że wszyst­ko ze mną OK, jeśli pła­czę z ich powo­du. A jedy­nym pro­ble­mem ich miło­ści jest fakt, że Har­ry sia­da gołą dupą na bia­łej kana­pie, za któ­rą prze­pa­da Char­lot­te. Oprócz tego Har­ry jest łyso­lem, a ja zawsze mia­łam sła­bość do łysych kole­si i jestem po pro­stu zazdro­sna. I wte­dy pomy­śla­łam sobie, że nikt tak pięk­nie nie mówi o miło­ści, jak Pola.